Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Mar 14, 2015 in Biegi, Biegi Górskie, Góry, Ultra | 0 comments

Zimowy Ultramaraton Karkonoski czyli dlaczego tak trudno zrezygnować z biegu…

Zimowy Ultramaraton Karkonoski czyli dlaczego tak trudno zrezygnować z biegu…

“Zimowy Ultramaraton Karkonoski miał być jednym z najważniejszych startów w roku, a gdyby nie łut szczęścia na losowaniu do Biegu Rzeźnika pewnie byłby najważniejszym biegiem górskim w tym sezonie. Baza w oddalonym o 500km Karpaczu, przygotowania, poniesione koszty, plany, treningi. I to wszystko szlag trafił. Na 28 kilometrze…”

Kilkanaście tygodni przygotowań, godziny rozmów z Marcinem nt wyposażenia obowiązkowego, wyposażenia dodatkowego, ubioru, żywienia na trasie. W końcu rezerwacja hotelu, planowanie przejazdu, zakup dodatkowego sprzętu (jak np nakładki antypoślizgowe na buty). Nawet nowe Salomony kupiłem wcześniej żeby mieć już rozdeptane na ZUK. Na dwa tygodnie przed startem wszystko dopięte na ostatni guzik.

Kilka dni później ledwo się poruszam. Gorączka, ból głowy, nawet oczy bolą przy mruganiu. Śpię po 8-10h w nocy i dosypiam dodatkowe 2-2,5h w ciągu dnia. Grypa. Na szczęście nie straciłem apetytu więc przestawiłem dietę na maksymalnie pro zdrowotną. Własnoręcznie robione masło czosnkowe z bazylią, dodatkowe porcje żurawiny do podjadania w pracy, przeciery wielowarzywne, soki, sałatki z olejem lnianym, wszelkie możliwe nasiona, dodatkowe porcje orzechów… na trzy dni przed startem wydaje się, że już wszytko jest ok. Przestaje się więc przejmować.

W piątek ruszamy z Martyną, Kasią, Miszą i Marcinem do Karpacza. Całą drogę zastanawiam się nad tym co ubrać, co zabrać do plecaka. W biegach górskich temperatura zawsze jest niewiadomą. Na podbiegach robi się gorąco, na grani często wieje. Dokładając do tego zmienne warunki terenowe mamy idealny przepis na nie wiem co na siebie włożyć. Kończy się więc jak zwykle – jakoś to będzie.

Spotykamy się wszyscy wieczorem w Karpaczu na odprawie. Jest Krasus z Magdą, są Kargole,jest Kasia Karpa z UltraŁyskiem, Agnieszka Winnie, jest Eto, jest Kamil Grycz z którym zrobiliśmy razem kilkanaście podejść na MER, Kornel Jaskuła z IWW i masa innych fajnych ludzi. Odprawa, tradycyjne piwo i pizza na dobranoc i spać.

Pobudka 4:45

Budzik dzwoni przed 5:00. Dziesięć minut później do drzwi puka Marcin Kargol. O 5:10 siedzimy już w autokarze – po kontroli wyposażenia obowiązkowego. Plecak waży chyba z 5kg. Krótka drzemka w autobusie i o 6:45 jesteśmy już wszyscy na starcie. Nie jest aż tak zimno jak się obawiałem że będzie. Wychodzi na to, że ubrałem się idealnie.

Pierwsze 2km lecimy po w miarę ubitym śniegu, kawałek po betonie. Szybko jednak śniegu robi się coraz więcej (co widać na filmie). Od 3km praktycznie wszyscy – jeszcze szybkim tempem – napierają pod górę idąc. Już na początku podejścia tracę z oczu Marcina – zostaje gdzieś z tyłu. Krasus napiera daleko z przodu. Szybko doganiam Sabinę Giełzak – rok wcześniej była w TOP20, napiera dość szybko ale bez przesady więc nawet nie próbuje jej wyprzedzać.

Nabieramy wysokości, czas leci a kilometrów nie przybywa. Na trasach górskich czuje się dość dobrze, ale nieustanna walka ze śniegiem szybko sprawia że zaczynam czuć jak pracuje cała stabilizacja. Na Szernicę docieramy po prawie 90minutach. Dramat, ale niewiele osób napiera szybciej. Warunki się dość mocno poprawiają, ale nadal śnieg powoduje że biegnie się jak po piasku. Zaczynam żałować że nie znoszę taszczyć ze sobą kijków – byłby chociaż jakiś stabilny punkt podparcia, a nie tylko zsuwające się co chwila buty.

Napieram tak kolejne 2h praktycznie bez większych problemów. Raz szybciej raz wolniej – zależy jak trasa pozwala. Czuje zmęczenie, ale to w takich warunkach nieuniknione. Mniej więcej na 16km pojawia się piękny 2km zbieg. Całość zajmuje około 10min – pierwszy raz (może nie licząc kawałka betonu na początku) na zegarku pojawia mi się momentami 4:50min/km. Kilometry wreszcie zaczęły się kręcić tak jak powinny. Zbieg jednak szybko się kończy. Jeszcze tylko punkt żywieniowy i napieramy pod górę od nowa.

Zaczyna się jednak pojawiać problem. Podejście idzie mi wyjątkowo fatalnie. Pierwsza myśl, że może za dużo czekolady i suszone jabłka w siebie wrzuciłem – w końcu nie czuję zmęczenia w mięśniach, nic mnie nie boli. Tylko jakby ktoś nagle zasilanie wyłączył. Zaczyna się trucht granią w kierunku Domu Śląskiego i dalej Śnieżki. Jest kryzys – nie pierwszy i nie ostatni – przejdzie jak zwykle. Kilkaset metrów dalej mam wrażenie, że już jest ok, ale wyprzedza mnie coraz więcej osób. 10, 20, 30… wieje coraz mocniej, a mi zaczyna się robić coraz cieplej.

Z nogami wszystko w porządku, ale zaczynają mnie boleć mięśnie ramion i pleców. Robi się gorąco. Pierwsza myśl – rozpiąć kurtkę. Druga – przecież wieje jak cholera, wychłodzę się…  Łapie się na tym, że zaczynam odpływać myślami. Kolejne osoby mnie wyprzedzają. Przed oczyma zaczyna wyrastać mi masyw Śnieżki ze szczytem schowanym w chmurach. Jest absolutnie przepięknie. Trasa prowadzi w słońcu przez śnieżną pustynię. A ja już nie biegnę, tylko staram się w miarę szybko iść, ale nawet to mi nie wychodzi.

Zaczynam się potykać o własne nogi, kilka razy mało co nie lądując w śniegu. Nie mogę sobie przypomnieć gdzie jest punkt żywieniowy mimo, że studiowałem trasę przez kilka ostatnich dni. Dzwonię do Martyny. Mówię, że nie daje rady, że coś jest nie tak – nie czuje zmęczenia w nogach, ale baterię mam na wyczerpaniu. Dziewczyny sprawdzają online gdzie są Marciny. Krasus na podejściu na Śnieżkę, Kargol mniej więcej 1,5km za mną. Może nie jest tak źle, przecież kondycyjnie obaj są ode mnie lepsi, więc może to zwykły kryzys. Przyśpieszam.

Nic z tego. Kilka minut truchtu i znów zaczynam iść. Na drogowskazie 50min na Śnieżkę. 50min kuźwa… i będzie w dół. Dam radę. 10min później czuje że jest bardzo źle. Mam uderzenia gorąca, pocę się jakbym biegł w środku lata, a nie w mroźnym wietrze. Wyprzedzają mnie kolejne osoby. Już nawet nie idę tylko się wlokę. Ostrożnie stawiam kroki żeby się nie przewrócić bo znów zaczynam haczyć o własne buty.

Dwudziesty siódmy kilometr

Kryzysie odejdź. Przecież i tak nikt mnie z trasy nie zwiezie bo nie umieram chociaż się tak czuje. Idę po płaskim i się gotuje, a i tak będę musiał zejść do Karpacza… chcąc nie chcąc zrobię ponad 35km, więc może te 17km więcej też jakoś pójdzie i pociągnę całość? Organizm może nie zauważy. Na Ełckiej Zmarzlinie próbowałem się zakasłać na śmierć i skończyłem z nawet z niezłym wynikiem.

Czuje jak mnie ktoś chwyta za ramię. Paweł? Marcin. W 50min nadrobił 1,5km. Co ja się – cofam? Zaraz za nim Kasia z Łyskiem. Kasia się ze mnie śmieje, Marcinowi się włącza Caritas Polska i chce mnie eskortować. Odpuszcza dopiero po argumencie, że nawet jakbym chciał tu odjechać to nie zdążę się okopać w śniegu bo tyle jest ludzi dookoła. Wystarczy mi, że się biję z myślami co do mojego dalszego udziału w biegu, a co dopiero mam jeszcze jego spowalniać.

Spotykamy się wszyscy jakieś 700m dalej w Domu Śląskim. Siadam na ławce i czuję, że już nie wstanę. Marcin przynosi mi posiłek i zaczyna wymyślać, że mnie sprowadzi do Karpacza bo on już też nie może. Ma skurcze. Skurcze kurwa…  przez myśl przechodzi mi no pojebało go chyba. Czuje, że jak zamykam oczy to bolą mnie gałki oczne. Mam stan podgorączkowy, zaczyna mnie boleć głowa. A z nogami wszystko w prządku. Silnik czeka aż ktoś naciśnie pedał gazu, ale paliwa nie ma. Co za dramat.

Zawsze jest tak samo. Kilkanaście minut bicia się z własnymi myślami. Próba przekonania samego siebie, że to tylko “ściana”, że zaraz przejdzie. Ale za dobrze znam swój organizm. Zbyt dobrze wiem kiedy przesadzę na początku i zwyczajnie “spuchnę”, a kiedy coś jest nie tak jak powinno. Nie jest tak jak powinno.

Wejść na Śnieżkę i dalej będzie z górki. Tylko najpierw muszę wstać, a mam z tym problem. Na szczęście Marcin decyduje się biec dalej. Całe szczęście. Siedzę i myślę. Na chwilę przysiada się jakaś przemiła kobieta, która częstuje mnie ciastkiem – pyta czy wszystko ok. Jej mąż też startuje – podeszła tu z Karpacza, żeby mu kibicować. Co za kobieta!

Po 20min w Domu Śląskim już wiem jak to wszystko się skończy – po tym czasie zwykły kryzys już by minął. Marcin wybiegł w kierunku Śnieżki, kilka minut później ratowniczka medyczna podała przez radio, że nr 27 schodzi z trasy…

Zimowy Ultramaraton Karkonoski miał być jednym z najważniejszych startów w roku, a gdyby nie łut szczęścia na losowaniu do Biegu Rzeźnika pewnie byłby najważniejszym biegiem górskim w tym sezonie. Baza w oddalonym o 500km Karpaczu, przygotowania, poniesione koszty, plany, treningi. I to wszystko szlag trafił. Na 28 kilometrze.

Poczucie beznadziei po zejściu w połowie trasy to coś czego nikomu nie życzę. Wiem że zabrzmi to dziwnie, ale najbardziej ucieszył mnie fakt że podczas wieczornej imprezy nadal miałem stan podgorączkowy, bolała mnie głowa i ledwo żyłem. Skończyłem o 22:00 w łóżku. To wyraźny znak, że nie spuchłem, że to nie była ściana,a podjęta decyzja była słuszna. Zwyczajnie nie powinienem tego dnia w ogóle wystartować.

Krasus skończył na fantastycznym 13 miejscu, Marcin ukończył bieg mimo kryzysu w połowie trasy. Strasznie brakowało Jędrka, który tym razem nie mógł się pojawić. Zabrakło też Michała, który zrezygnował ze startu na dzień przed. Mimo wszystko ZUK to jeden z najgenialniejszych biegów w jakim miałem okazje brać udział. Fantastyczna organizacja, zajebista atmosfera, genialni wolontariusze, przepiękne widoki i niezapomniane wspomnienia. W przyszłym roku się odegram!

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *