Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Mar 8, 2012 in Biegi, Biegi Na Orientację | 0 comments

Włóczykij Trip Extreme 2012

Włóczykij Trip Extreme 2012

Włóczykij był dla nas pierwszym prawdziwie drużynowym startem. Nie było już osobnych kart do podbijania, nie było szansy na solowy występ na finiszu. Dostaliśmy z Jędrkiem jedną kartę z informacją, że albo wrócimy równocześnie, albo ten który zostanie z tyłu (bez karty) będzie zdyskwalifikowany. Postanowiliśmy też, po raz pierwszy, nie tylko ukończyć rajd w przepisowym czasie zbierając wszystkie punkty, ale również powalczyć o jakieś lepsze miejsce. Przy startujących 134 zespołach i prawie 170 osobach celem było znaleźć się w pierwszej 50’tce co oznaczałoby przebicie praktycznie wszystkich “chodzących” i część “podbiegającej” ekipy.

Liczba zgłoszonych zawodników do trasy 50km przekroczyła chyba oczekiwania organizatorów bo na samym początku można było odczuć lekki chaos organizacyjny. W ostatniej chwili zrezygnowano też z wypuszczania pojedynczych zawodników i drużyn co 2min – przy takiej strategii sam start zająłby ponad cztery godziny. Zostaliśmy więc podzieleni na trzy grupy po mniej więcej 50-60 osób i autobusami przewiezieni do znajdującej się około 40km od Gryfina miejscowości Nawodna.

Nawodna chwilowo zwiększyła zagęszczenie osób na metr kwadratowy o jakieś 30% z czego głównym skupiskiem nadmiaru ludności była wyłożona czarną folią sala gimnastyczna pobliskiej szkoły. Okazało się również, że poza – jak zwykle – zawartością plecaka (która z rajdu na rajd staje się coraz mniej uciążliwa) problemem są same mapy z dość słabo oznaczonymi punktami. Kilka razy sprawdziliśmy wszystkie miejsca docelowe zaznaczając je dodatkowo na mapie i odznaczając na liście z opisami punktów, żeby na pewno żadnego nie przeoczyć.

Po naszej myśli było przydzielenie nas do trzeciej, ostatniej startującej grupy. Uznaliśmy, że dużo łatwiej pójdzie nam zarówno z motywacją (wyrównanie na trasie do kogoś z pierwszej grupy automatycznie daje nam nad nim 20min przewagi ze względu na późniejszy start) jak i z szukaniem punktów przynajmniej na początku kiedy I i II grupa zaczną się rozciągać i skupiać wokół odnalezionych “lampionów”.

Pierwszy punkt był w zasadzie formalnością mimo, że kilkadziesiąt metrów przed nim, zupełnie niepotrzebnie zatrzymaliśmy się przy grupce ludzi szukających drogi i sami zaczęliśmy zerkać na mapę. Coś w tym jest, że na początku zanim wpadnie się w trans nawigacyjny instynkt stadny działa nieco silniej od przekonania o słuszności wybranej trasy.

Do drugiego punktu postanowiliśmy biec na azymut – prosto skrajem lasu, przez małe bagno i nie zawsze aktualne leśne ścieżki. Ponieważ mapy były dość nieaktualne w wielu miejscach – pustych na mapie – zdążył się pojawić młodnik, ale na tyle odróżniał się on od “starego” lasu, że nawet w nocy nie utrudniał zbytnio nawigacji. Przy kolejnych dwóch punktach zaczął robić się tłok więc kilkadziesiąt metrów przed każdym z nich przyśpieszaliśmy nieco wyprzedzając jak największą liczbę osób chcąc tym samym zaoszczędzić sobie czasu i czekania w kolejce do perforatorów (które z początku dość ciekawe – zamiast zwyczajnie “brajlować” kartę tworzyły na nich oryginalne symbole – stały się problematyczne pod koniec kiedy nie chciały już działać).

Problem pojawił się dopiero po truchcie pod linią energetyczną kiedy przebiegliśmy przez młodnik i minęliśmy o 2 może 3 metry punkt i wbiegliśmy na górkę. Straciliśmy co prawda zaledwie 10-15min, ale przy okazji zgubiłem swoją apteczkę gdzie miałem opaski uciskowe (przygotowane na problemy ze stawem skokowym, które pojawiły mi się na Ełckiej Zmarzlinie), cukierki z kofeiną, które już nie raz ratowały mnie pod koniec biegu i praktycznie wszystkie plastry. Przy punkcie dogoniła nas cała duża grupa, od której udało nam się uciec, a gdyby tego było mało dodatkowo zgubiłem swoją mapę.

Mapę udało się po kilku minutach odnaleźć (zgubię ją jeszcze potem dwa razy), ale po czymś takim zacząłem się nerwowo upewniać przez kolejne 15min czy na pewno zabrałem z punktu kartę przez co zamiast truchtać – szliśmy. Przed nami była prosta, jak nam się wtedy wydawało – droga do punktu nr 12 (nie są numerowane kolejno). Mieliśmy biec na azymut idealnie na zachód aż wyjdziemy z lasu i na podstawie świateł Ognicy (miasto nad Odrą) nakierować się – znów na azymut – na punkt.

Niestety wpadliśmy – jak chyba wszyscy – na ponad 2m płot, czy raczej drucianą siatkę na kruchej drewnianej konstrukcji, odgradzającą pole od lasu. Postanowiliśmy więc biec wzdłuż siatki razem z cała grupą aż nie dotarliśmy do chwiejnej drewnianej drabiny po której udało nam się przedostać na drugą stronę. Musieliśmy oczywiście odczekać swoje w kolejce – przejście nie należało do najłatwiejszych, ale to co niektórzy robili (czy raczej czego nie robili) próbując przedostać się na drugą stronę przestało być zabawne po 10min czekania.

Po sforsowaniu przeszkody postanowiliśmy nie kombinować już dalej (w przeciwieństwie do kilku osób przed nami) i nadrabiając trochę trasy dostać się do 12 punktu okrężną trasą, ale po betonowej drodze. Z samym punktem nie było już problemu, a do dalszego biegu zmotywował nas widok jaki wówczas ujrzeliśmy. Okazało się, że siatka sprawiła problem prawie wszystkim, a ponieważ było już ciemno prawie z każdej strony dochodziły do nas światła czołówek. W jednej chwili z prawie wszystkich kierunków szło w naszym kierunku 40 może 50 świateł oddalonych od nas o kilka do kilkuset metrów. Znaczy – nie straciliśmy zbyt dużo czasu, a na pewno nie straciliśmy pozycji!

Dalej poszło już sprawnie i w miarę szybko. Mijając kolejne osoby udało nam się znaleźć wszystkie punkty bez większych problemów. Przy ostatnim zaatakowała nas ekipa TVP, której grzecznie podziękowaliśmy i po 4h 38min dotarliśmy do PitStopu w Widuchowej mając na liczniku 27km. Czas – jak na nas – bardzo dobry, nadrzucone zaledwie 2km.

Optymizmu dodał nam nieziemski posiłek przygotowany przez przemiłe Panie, z lokalnej szkoły. Żurek, pierogi, bułki, faworki, pasztet, smalec itp itd – zjedliśmy chyba wszystko co się dało i ruszyliśmy dalej.

Problem pojawił się już przy pierwszym punkcie. Idąc na azymut od południa pomyliliśmy ‘zakręty’ strumienia przy którym znajdował się punkt i straciliśmy kilka kolejnych minut. Dalej mało brakowało, a poszlibyśmy w zupełnie złym kierunku kiedy to zaraz za Dębogórą wybraliśmy złą ścieżkę i tylko dla tego, że kontrolowaliśmy kierunek kompasem w miarę szybko zorientowaliśmy się, że trasa zakręca za bardzo na południe.

Kolejne punkty nie sprawiały nam w zasadzie problemu. Do mostu przy torach doszliśmy idąc z poprzedniego punktu po prostej kierując się na trzy wysokie kominy przy okazji wyprzedzając kilka osób idących okrężną drogą przez wieś Pacholęta i doganiając kilka kolejnych. I tu okazało się, że temperatura wcale nie jest “plusowa”, a mój cienki polar przestał wystarczać. Pierwszy raz ucieszyłem się, że kurtka przeciwdeszczowa, która była ze mną na wszystkich dotychczasowych maratonach i nigdy nie była użyta, jest w plecaku.

Postanowiliśmy ruszyć dalej wzdłuż torów odbijając później w prawo w leśne, dobrze oznaczone przecinki. Niestety nasze czołówki złośliwie zaczęły przygasać prawie równocześnie, a ponieważ wcześniej zużyłem zapasowe baterie stanęła nam przed oczyma wizja kończenia rajdu przy świetle – dość intensywnie świecącego – księżyca. Na szczęście udało nam się podczepić pod kilka osób, które szły chyba z halogenem dzięki czemu zarówno Dąbrowskiego jak i punkt na górce znaleźliśmy bez problemu.

Do ostatniego punktu doszliśmy kierując się na północny-wschód – mniej więcej, jak trasa pozwoli. Wyszliśmy prawie idealnie na ścieżkę do ostatniego – dość ciekawie ułożonego punktu do którego można było się dostać przechodząc po zwalonym drzewie na drugą stronę strumienia (? tam był strumień?).

Niestety – bardzo prosta droga powrotna okazała się dość trudna. Problem nie polegał na tym, że była długa. Problem polegał na tym, że widać było na bardzo długim odcinku wszystkich, którzy nią szli. Tych z przodu – których chcieliśmy wyprzedzić i tych z tyłu – którzy chcieli wyprzedzić nas. Mimo zmęczenia pędziliśmy co tchu do przodu próbując nie dać się wyprzedzić, potem starając się wyprzedzić kogoś przed nami, żeby znów uciec goniącym nas.

Ciekawe, że w takiej sytuacji różnica, w produkowanym testosteronie, pomiędzy kobietami i mężczyznami całkowicie się zaciera – wszyscy biegną ile sił w nogach zostało byleby tylko nie dać się wyprzedzić na ostatnich kilometrach.

Na metę dobiegliśmy po 10h i 44 minutach ostatecznie zajmując 36 miejsce co uważamy za wynik dość dobry jednak z perspektywy czasu mam wrażenie, że mogliśmy dać z siebie więcej – praktycznie dwa dni po Włóczykiju nie odczuwałem już żadnych dolegliwości związanych z maratonem.

Sama impreza – mimo początkowych trudności i mimo startu opóźnionego o prawie 1,5h była naprawdę udana – szczególnie jeśli chodzi o posiłki na trasie i na koniec w bazie. Nasz występ również chociaż mogliśmy postarać się nieco bardziej. Poniżej nasza trasa rejestrowana Sports Tracker’em. Następny występ – Harpagan.

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *