Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on May 11, 2015 in Biegi | 0 comments

Ultra Cross GWiNT

Ultra Cross GWiNT

Ultra Cross – czyli bieg na dystansie powyżej maratonu i w warunkach odbiegających komfortem (nie wiem czy to dobre słowo) od płaskiego betonu. W przypadku GWiNT’a są to leśne dukty, polne ścieżki, piaszczyste wydmy i temu podobne udogodnienia, które po kilkudziesięciu kilometrach mocno dają się we znaki.

Same zawody zorganizowane na przyzwoitym poziomie. Niczego nie brakowało, noclegi na podłodze hali sportowej mają swój klimat. Nam udało się – dzięki pomysłowości Kasicy – zarezerwować sobie osobną izbę w postaci damskiej szatni gdzie prawie cała ekipa Smashing pĄpkins rozłożyła się na podłodze.

Na miejsce dotarliśmy z Kasicą, Łyskiem i Marcinem chwilę przed północą w piątek – po małej awarii samochodu i dość okrężnej drodze… Na szczęście nasz dystans – 55km – rozpoczyna o godzinie 12:00 z oddalonego o 20km Nowego Tomyśla, musimy więc wstać dopiero na godzinę 10:00 na odprawę przed biegiem.

Z samego rana do ekipy dołączają brakujące pĄpkowe ogniwa – Borman i Michał. Mamy więc komplet. Krótka odprawa i do autobusu na start. Po drodze spotykamy jeszcze – między innymi Asie Owczarz i Kubę Runowskiego (którego ostatni raz widziałem na Harpaganie chyba ze dwa lata temu… ).

Zapowiada się znakomicie…

Są jednak takie momenty kiedy wszystko przestaje działać tak jak powinno. Szuka się wtedy wymówek we wszystkim dookoła, ale tak naprawdę zawsze zawodzi człowiek. Wykańcza nas temperatura (trzeba biec wolniej i lepiej się nawadniać), wykańczają nas piaszczyste podbiegi, albo błoto (zwyczajnie nie dajemy rady lub niedostatecznie się przygotowaliśmy) albo jak w moim przypadku przetrenowanie połączone z czynnikami zewnętrznymi – a dokładniej ze stanem psychicznym co w ultra jest często decydujące.

Tego dnia nie do końca ułożyło się tak jak bym chciał między mną a moim – miałem taką nadzieję – najwierniejszym kibicem. Po krótkiej rozmowie telefonicznej tuż przed startem mój żołądek przestał z nerwów normalnie funkcjonować. Na zewnątrz oczywiście dalej udawałem Harpagana i przez pierwsze 11-12km cięliśmy z Marcinem Kargolem i Jędrkiem Giełdą (zajął ostatecznie 9 miejsce i 3 w kategorii wiekowej) po 4:50 trzymając się tuż za czołowym peletonem, ale ja prawie się nie odzywałem.

Po 12km miałem dość. Skręcony z nerwów żołądek, płytki oddech, myśli daleko poza wielkopolską, trudności z piciem i przyswajaniem jakiegokolwiek pokarmu. Koniec. Zatrzymałem się. W takim momencie człowiek uświadamia sobie jak ważne jest wsparcie (lub jego brak) bliskich. Nawet jeśli biegamy tylko dla siebie zawsze to miłe jeśli ktoś dla nas ważny kibicuje i cieszy się naszym szczęściem. Dziś tak nie było.

Zacząłem biec, ale dużo wolniej. Nerwy nie odpuszczały, a kilka kilometrów dalej pojawił się ból mięśnia czworogłowego – tego samego, który zatrzymał mnie tydzień wcześniej na Wings For Life. Pierwsza myśl – to koniec. Mam w dupie – nie biegnę dalej. Mam przed sobą może 15-16 zawodników, za sobą jakieś 170 osób ale przestało mnie to zupełnie interesować. Dojdę do punktu i schodzę.

Ściana na 15km… tuż przed punktem żywieniowym. Fantastycznie… a wszystko przez psychikę. Może nawet ten ból nogi to tylko somatyzacja, ale boli coraz mocniej.

Kilka minut za punktem stwierdziłem jednak że pierd…. biegnę. Skończę zawody nawet jeśli miałbym kolejne ~35km przejść. Mięsień mam zesztywniały i zaczyna boleć po 700-800m biegu, ale najwyżej będę robił przebieżki. Średnie tempo zaczyna mi mocno spadać, jest jednak szansa na utrzymanie go poniżej 6min/km bez względu na warunki na trasie.

Wyprzedza mnie coraz więcej osób, ale to mnie tylko motywuje do tego żeby mocniej zacisnąć zęby i napierać dalej. Po kilku kilometrach odzywa się lewy staw skokowy. Przez bolący mięsień nie do końca poprawnie stawiam kroki i efekt tego zaczął być widoczny. Kilka kilometrów dalej pojawił się drugi – coś co mi się od dawna na takich dystansach nie zdarza. Prawa (nie boląca noga) z tego wszystkiego była mocniej obciążana i na samym środku podeszwy pojawił mi się gigantyczny bąbel. Nosz kurw…

Całe szczęście między drugim a trzecim punktem żywieniowym jest tylko 10km – godzinę jakoś wytrzymam. Nie muszę się też martwić o wodę – wystarczy mi 0,7L które mam w butelce w plecaku. Oczywiście w pośpiechu zapomniałem bukłaka więc za każdym razem muszę sięgać do tyłu, a źle obciążony plecak podskakuje robiąc mi obtarcia na ramionach. Normalnie majówka…

Od ostatniego punktu do mety jest 17km. Teoretycznie najtrudniejszy odcinek, chociaż szczerze mówiąc po tym wszystkim co mamy na PMNO to nadal nie było nic nadzwyczajnego. Kilka podbiegów po piasku, parę trudniejszych przecinek – ot codzienność w biegach na orientację.

Zaczynam kalkulować czy uda mi się złamać chociaż 6h. Musiałbym trzymać 5:40/km – teoretycznie mało, ale z moja noga ledwo mi idzie utrzymanie tempa w zakresie 6:00-6:30. Trudno, byleby dotrzeć do mety. W międzyczasie okazuje się jeszcze, że dwa przedostatnie znaczniki odległości były źle ustawione, ale dowiedzieliśmy się o tym dopiero z ostatniego – dobrze ustawionego znacznika 50km. Wcześniej wszyscy myśleli, że mają o prawie dwa kilometry więcej do przebiegnięcia. Osoby, które spotykałem tłumaczyły to ewentualnymi pomyłkami na trasie, ale ja biegłem z mapa wgrana do zegarka i ani na moment nie zboczyłem ze ścieżki. Motywacja jednak spada jeśli w mózgu pojawia się informacja, że jeszcze nie 10, a 12km do przebiegnięcia. W chwili, w której maraton mamy już za sobą.

GWiNT - GoniecNews.pl

Ostatnie pięć kilometrów to był dramat. Idę bo już biec z bólu nie mogę. Kilka metrów przed wyjściem z lasu pęka mi pęcherz pod prawa podeszwa… Idę wiec jak pijany zastanawiając się czy szybciej jest jak boli lewy mięsień czy prawa stopa. 9min/km… max 20min i koniec…

Na 2km przed meta wyprzedzają mnie kolejno trzy osoby. Ok, tego za wiele – zaczynam za nimi truchtać. Chłopaki nie biegną zbyt szybko więc utrzymanie ich w zasięgu wzroku – 150-200m przede mną – jakoś się udaje. Dobiegamy do przedostatniej prostej przed parkiem i metą. Nagle okazuje się, że trasa nie prowadzi prosto do mety tylko jest jakiś obieg. Ok, to daje mi szansę na wyprzedzenie najwolniejszego z nich. I to się udaje na pierwszym zakręcie.

Obieg ma jakieś 300-400m więc jest szansa na dogonienie pozostałej dwójki. Na jakieś 150m przed metą zaczynam sprint. Jeden z nich od razu odpuszcza, ale drugi zaczyna mnie gonić. Na mecie wszyscy krzyczą i wiwatują. Widzę ekipę Smashing pĄpkins, która się drze żeby biec szybciej! Nogi nie bolą cisnę więc ile wlezie. Zegarek zdążył zarejestrować 4,04min/km ale chwilowe tempo musiałem mieć o wiele szybsze.

Nie dałem się wyprzedzić! Dwa metry za metą ból wrócił. Mięsień, kostka, podeszwa. Bezwładnie wpadłem na Radka, który razem z Jędrkiem przyasekurował mnie dzięki czemu nie zderzyłem się z glebą. Boli, piecze… kurwa umarłem. Teraz nie wstanę do jutra… 59 miejsce… na 190 osób, które bieg ukończyły.

I w tym całym cierpieniu było kilka bardzo przyjemnych chwil. pĄpkinsi, Krasusowy wspólnik w koszulce Chia Charge, którgo mijałem na ostatnim etapie, Maciej Petza, którego nie widziałem prawie dwa lata, a teraz spotykamy się drugi raz w ciągu tygodnia na kolejnych zawodach, widoki – zieleń, las i łąki. Fantastyczni wolontariusze, którzy szczególnie na trzecim punkcie starali się ze wszystkich sił pomóc. W pewnym momencie na ostatni punkt wbiega nie najmłodsza już kobieta. Jeden z młodych ludzi osłupiał. “Pani biega?”. Oczy jak piłeczki pingpongowe. Okazało się, że to ich nauczycielka od fizyki, która chyba nigdy wcześniej w tak krótkim czasie nie zdobyła u nich tyle szacunku :)

Wieczór po zawodach spędzony w fantastycznym towarzystwie przy piwie – czyli to, co ultrasów łączy najbardziej. Kilku osób zabrakło (między innymi Krasusa, który z powodu kontuzji musiał odpuścić), kilka musiało zbyt wcześnie wrócić do domu lub zbyt wcześnie zejść z trasy. Mimo wszystko cała impreza naprawdę na duży plus. I jakie fajne medale! :D

Fotografia okładkowa: Piotr Oleszak

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *