Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Feb 15, 2016 in Biegi, Biegi Uliczne | 0 comments

Queen Elizabeth Olympic Park 10k

Queen Elizabeth Olympic Park 10k

W jaki sposób jakoś fajnie zaakcentować kilkudniowy wyjazd do Londynu? Zwiedzanie, oglądanie etc – pewnie. Tylko to nic oryginalnego. Ale jak człowiek trochę pogoogla to zaraz znajdzie coś co może być fajnym urozmaiceniem. Queens Elizabeth Olympic Park Winter 10k Series. Cykl dziesięciokilometrowych biegów po parkach organizowany trochę na podobnej zasadzie co nasza Falenica – z tym, że w bardziej płaskim terenie.

Mamy kilka (zdaje się 3) parki w których w sezonie zimowym rozgrywane są zawody. Są zwycięzcy poszczególnych biegów, zwycięzcy cyklu etc Cała przyjemność kosztuje £17 czyli około 100zł – ale dają medal! Więc zostaje po tym pamiątka.

 

Z ukończeniem dychy problemu raczej będę miał, ale nie po sam medal jadę. Szczególnie, że przez pracę i samą podróż i tak mam wycięte dwa dni przed starem z wszystkich treningów – będę więc mocno wypoczęty. Z drugiej strony jest presja bo reszta pĄpkinsów w tym samym czasie będzie w Falenicy gdzie niby dystans podobny, ale przewyższeń sporo więcej więc głupio mieć gorszy czas od nich.

QEOP wydawał się być dość płaski – trasa biegnie wzdłuż czegoś co na mapie przypomina strumień / jeziorko rynnowe. Trzy pętle, ponad 600 osób – największym problemem miał być tłok. Szczególnie, że przed samym startem kiedy przesympatyczny starszy Pan (zdaje się wodzirej całego cyklu) zapytał dla kogo to pierwsza dycha w życiu? – zgłosili się wszyscy przede mną i prawie nikt za mną… No nic pomyślałem. Pierwsze 500m prostej to będzie ciekawe przeżycie.

W sobotę od samego rana wiał cholernie silny wiatr, ale było dość ciepło. “Winter Series” i prawie wszyscy biegną na krótko. Fajnie mają na tych wyspach. Na miejscu okazało się, że trasa nad wodą owszem idzie – ale rzeczki płyną częściowo w 5-6m szerokich kanałach więc na każdej pętli mamy dwa podbiegi tej wysokości. Niby nic, ale oba pod wiatr. Wiatr, który przy silniejszych uderzeniach zatyka nos i płuca. Ale.. .warunki wszyscy mamy takie same.

Bieg

Na całe szczęście nowicjusze, którzy ustawili się w pierwszej linii byli na tyle wolni, że po 200m spokojnie udało się wszystkich przeskoczyć. Start z wiatrem (naprawdę silnym) i jak to zwykle u mnie bywa nadmiar energii dał średnią na pierwszym kilometrze 3:41min/km z czego na pierwszej prostej było grubo poniżej 3:30. W zasadzie po pierwszym kilometrze w pierwszej 40’tce pozycje się ustaliły i do końca były już tylko małe przetasowania. Tam też (po tym pierwszym kilometrze) wpadliśmy na pierwszy podbieg i wiatr w prosto w twarz. Zresztą bardzo ładnie te miejsca widać na wykresie na Endomondo – gdzie jest 6 krótkich “pików” (po dwa na okrążenie). Zwalnialiśmy nawet do 4:20…

Pierwszą pętle zamknąłem po 12 min 55 sek – jest spory zapas, a czuje że mógłbym szybciej. Starszy Pan patrząc na mnie krzyknął tłenty sewen! Jest fajnie – Brytole są słabi ;) Starzeje się jednak i zamiast jak jeszcze kilka lat temu dosypać do pieca na drugim okrążeniu postanowiłem utrzymać prędkość i pozycje. W rezultacie drugie okrążenie było najsłabsze – pozycję utrzymałem, ale na podbiegach straciłem 6-7 sek.

Kiedy kończyliśmy drugie okrążenie Pan już nie liczył by byliśmy mocno przemieszani z resztą tłumu. Trzymałem ciągle mały dystans do człowieka, który biegł przede mną przez ten cały czas, ale coraz więcej traciłem do grupki, która siedziała mi na ogonie. Dopiero na przedostatnim podbiegu zrozumiałem jak u nich to działa – trener ciągnął swoich dwóch podopiecznych dając im dodatkowo na podbiegach osłonę od wiatru. Ale do nich nikt co kilka minut nie krzyczał po polsku “OGDZIEŃ Z DUPY” ;)

Na ostatnim podbiegu mój angielski towarzysz wymiękł. Ciągle się za mną oglądał starając się nie dać dogonić, ale ostatnie 250m pod górę i pod wiatr go trochę spowolniły – ja wprost przeciwnie. Już mnie nie dogonił. Ostatnie 200m to znów zabawa w utrzymanie 3:30 i trochę złość bo dość szybko przeliczyłem, że paru sekund zabraknie. Może gdyby nie ten głupi wiatr..  ale i tak życiówka na 10km poprawiona o prawie 35sek – na mecie zameldowałem się po 39min i 08 sek.

 

W zasadzie to mnie oszukali!

Poważnie. Okazało się, że nie ma tam prysznica – mimo, że w opisie biegu było wyraźnie napisane że są szałery. Mieliśmy iść dalej zwiedzać – w końcu młoda godzina. Mieszkamy dokładnie po drugiej stronie Londynu więc bez sensu wracać. Ciuchy mam więc trudno – została umywalka w łazience, a potem kabina i mokry ręcznik. Schowałem tylko koszulkę, żeby boruty nie robić (wcześniej zaczepił mnie jeden Polak bo zauważył Polskie napisy na koszulkce ;) ).

Na mecie nie dawali też medali! Była co prawda kolejka, ale dopiero jak w niej odstałem 10min to się okazało że to do Pana, który dawał paragony z czasami – w dodatku zamiast 39:07 jak na zegarku dał mi 39:08 – jakby obsługę kelnerską doliczył. Nie ma me da lu! Po co było się tak męczyć…

Dopiero później się okazało, że Anglicy jeszcze nie wpadli na to, że medale najszybciej rozdaje się zaraz za metą. Zrobili więc dla draki kolejkę do medali i depozytów – jedną i tą samą! I mimo, że z depozytu nie korzystałem kolejne 15min na wspaniałym wyspiarskim wietrze musiałem odstać. Ale medal mam! Życiówkę też! I pozycję – 29 na 631 osób.

Teraz czas na półmaraton w Gdyni. To też jakby zagranica…

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *