Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Apr 26, 2015 in Biegi, Biegi Uliczne | 0 comments

OSHEE 10km Run – 40min złamane

OSHEE 10km Run – 40min złamane

Dziesięć kilometrów w czterdzieści minut to magiczna granica – chyba najważniejszą dla każdego biegacza amatora. Godzinę łamie się chwilę po tym jak wstało się z kanapy, 50min po kilku miesiącach biegania. Po roku zwykłego, ale regularnego truchtania większość osób jest w stanie pokonać ten dystans w 45min. 40min wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale…

Z drugiej strony granica 30min osiągalna jest dla tak nielicznych, że amatorzy nawet nie biorą takiego czasu pod uwagę. Między 30-40min walczy się o każdą minutę regularnym i dobrze przygotowanym treningiem – samo truchtanie już nie wystarcza. Dlatego 40min nie dość ze jest okrągłe (a takie granice lubimy łamać najbardziej) to tak ważne dla każdego dla kogo bieganie stało się czymś więcej niż tylko sposobem na zrzucenie paru kilogramów na wiosnę.

 

Nigdy nie przywiązywałem specjalnej wagi do szybkości na krótkich dystansach – do tej pory zależało mi głównie na szlifowaniu formy pod Piesze Maratony na Orientację (PMNO). Przychodzi jednak taki czas, że wypadałoby mieć kilka życiówek na nieco lepszym poziomie…

OSHEE 10km Run

Denerwuje się przed każdym startem – niezależnie od dystansu. Im większa szansa na dobry wynik tym większy stres. I szczerze mówiąc nie przemawiają do mnie teksty liczy się zabawa, bieganie powinno sprawiać przyjemność. Jasne – to jest zabawa, to sprawia przyjemność. Ale czystą i pozbawioną stresu mam na treningach i długich wybieganiach z przyjaciółmi. Kiedy jestem na zawodach to chcę się sprawdzić. Chcę pobiec jak najszybciej, złamać swoją życiówkę, wbić się na pudło lub chociaż do pierwszej dziesiątki (czy jak w przypadku biegów masowych wylądować w górnych 5-10% wyników).

Wiem, że będzie bolało, wiem że będę miał dosyć. Im dłuższy dystans tym więcej razy będę się poddawać. Ale nie o to dziś chodzi. Dziś jest dzień, w który sprawdzam ile dały mi ostatnie tygodnie treningów szybkościowych. Dziś wyjdę daleko poza strefę komfortu, żeby poczuć że żyję. Żeby po minięciu linii mety doświadczyć takich emocji jakich nie dadzą żadne używki. Żeby łamiąc kolejny rekord poczuć nieopisaną satysfakcję i zadowolenie.

Na OSHEE 10km Run założenie było proste. Pierwsze 3-4km trzymać 3:50min/km żeby nadrobić cenne sekundy, które stracę na ponad kilometrowym podbiegu na ulicy Konwiktorskiej. Druga połowa to między inntmi zbieg ulicą Tamka więc dojście do 5km w okolicach 20min będzie bardzo dobrym znakiem. Dalej już tylko cisnąć ile sił w nogach – byleby złamać 40min.

To co było dość niespotykane na takich biegach to po pierwsze – pacemakerzy (których zazwyczaj na biegach na 10km nie ma), a drugie to dość mocno pilnowane strefy startowe. I o ile goście z flagami bardzo fajnie się sprawdzili (szczególnie, że tego biegnącego na 37:30 trzymałem tuż przed sobą aż do 3km) o tyle ze strefami jak to zwykle bywa wyszło średnio. Głownie dla tego, że podział był deklaratywny przez co jak zwykle na początku stało sporo ludzi, którzy nawet 4:20 nie biegli (pacemaker na 37:30 w końcu pocisnął po chodniku – przeprowadzając wężyk najszybszych zawodników nieco obok powolnego tłumu). Taki już urok masowych biegów ulicznych. Nie ma się co spinać.

Wszystko poszło praktycznie idealnie zgodnie z planem. Nadwyżka czasowa z pierwszych kilometrów zjadła stratę na podbiegu. Na 5 kilometrze byłem równo po 20:00 minutach. Zbieg dość ostrożny – na mokrym asfalcie łatwo się pośliznąć – ale miejscami zegarek pokazywał 3:30. Dalej most, okrążenie narodowego i ostatnie 700m sprintu znów po 3:00 – wpatrzony w bramę mety i zegar, który niebezpiecznie zbliżał się do 40min. Ostatnie co na nim zobaczyłem to 40:00:00 – na szczęście netto miałem jeszcze ponad 19sek przewagi…. udało się!

Skończyłem na 251 miejscu – z czasem 39:41 wyprzedzając ponad 10 250 osób! :)

Witamy po drugiej stronie lustra!

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *