Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Jan 5, 2017 in Biegi, Motywacja | 0 comments

O zmianie podejścia do biegania

O zmianie podejścia do biegania

Co roku planuje starty. Wyznaczam ten najważniejszy, trenuje, nakręcam się. Po drodze zaliczam biegi mniej ważne, starty treningowe itp. Po tych udanych ogłaszam sukces! Po mniej udanych szukam wymówek. Problem w tym, że z perspektywy planowania, po roku, nic nie jest takie jak na początku zakładałem.

W minionym roku najważniejsze miało być Lavaredo tylko nieznacznie wyprzedzając swoją ważnością Bieg Rzeźnika. Och ach Dolomity, 117km km po górach, trzy miliony Pałaców Kultury przewyższenia i co? I na 66km siedziałem na trawie czekając na transport do Cortiny. Rozwalone i puchnące kolano – faktycznie lepiej było zejść z trasy niż narażać się na kontuzję. Tylko co z tego skoro już na 40km wiedziałem, że przesadziłem na początku napierając na 16h mimo, że było to poza moim zasięgiem. Gdyby nie kontuzja skończyłbym pewnie po 20, może 21h. I tyle by było z najważniejszego

Nieplanowany start w Queen Elizabeth Olympic Park 10k okazał się być życiówką, poprawioną trzy miesiące później na Oshee Run. Rok wcześniej marzyłem o złamaniu 40min, a teraz zastanawiałem się kiedy pęknie 38. Zacząłem kombinować, zaplanowałem kolejny start na 10k i kolejną życiówkę…  i do dziś nie wyszło. Wrześniowy Bieg na Pięć, który początkowo był tylko rozgrzewką przed serią październikowych startów okazał się moją najszybszą piątką w życiu z 17 z przodu. Dwa tygodnie później zawaliliśmy krótki bieg na orientację – jak dzieci we mgle, a obrona pudła (drugie najważniejsze PMNO w roku!) na Harpaganie stała się walką o pierwszą dziesiątkę.

Z perspektywy kilku lat najlepsze biegi, trasy i wyjazdy to te, które były spontaniczne, wcześniej nie planowane, traktowane trochę po macoszemu – jako starty mniej ważne lub zwyczajnie spieprzone. Większość biegów ulicznych, prawie wszystkie PMNO i zawsze to samo. Im więcej planów i więcej wagi tym gorszy wynik. Z drugiej strony nieplanowany Bieg Marduły to jeden z lepszych startów w minionym roku, a spontaniczna Korona Gór Polskich to najciekawsze doświadczenie. Prawie nigdy to co na początku roku planowałem jako najważniejsze, pod koniec roku najważniejszym nie było.

Zacząłem patrzeć na wszystkie te biegi z nieco innej perspektywy. Przestałem postrzegać je jako mniej lub bardziej ważne. Wszystkie są jednakowe i są sprawdzianem aktualnego stanu mojego organizmu. To nie znaczy, że nie mam motywacji i celu. To nie oznacza, że odpuszczam mocne treningi i będę czerpać przyjemność z samego zaliczania biegów – wręcz przeciwnie. Przestałem mieć po prostu oczekiwania.

Pierwsza w tym roku dycha zrobiona w 39:42 nie jest ani porażką ani sukcesem. Jeszcze rok temu sprawiłaby mi ogromną przyjemność. W tym roku siadł mi żołądek, ale po biegu mięśnie nie były zmęczone, a ja skrajnie wyczerpany. Tzn, że jest zapas więc kondycja jest na o wiele wyższym poziomie. I to jest najważniejsze – nie wynik. Półmaraton w Barcelonie będzie kolejnym sprawdzianem. Oczekiwań nie mam, ale wiem że dam z siebie wszystko co tego dnia będę mógł dać.

A cel mam – i to jaki! Najważniejszy bieg (nie start!) w życiu! Jak patetycznie to nie brzmi – jestem typem człowieka, który chce sięgać gwiazd. Najwyżej, najszybciej, najdalej. Obieram sobie nierealne cele bo to pozwala mi nie myśleć o często cholernie trudnych schodach, które do nich prowadzą. Harpagany, Lavaredo, Rzeźniki to tylko stopnie. Często w swoim życiu nie dochodzę na szczyt, ale wchodzę dużo wyżej niż gdybym planował krok po kroku wejście na każdy schodek. A już na pewno nie służy mi wybieranie mniej i bardziej ważnych kroków.

Dlatego wszystkie następne biegi będą tylko stopniami do osiągnięcia tego co jest sportowym marzeniem mojego życia. Wynikiem, którego zapewne nigdy w życiu nie osiągnę ze względu na wiek, kondycję itp, ale który pozwala mi piąć się w górę bez oczekiwań związanych z pokonywaniem kolejnych stopni. Pozwala się rozwijać i być coraz lepszym w tym co robię. Dlaczego zakładam, że celu nigdy nie osiągnę? Nie umiem sobie nawet wyobrazić co musi dziać się w głowie człowieka, który wbiega na metę w Chamonix przy dźwiękach Vangelisa. Ale pomarzyć warto ;)

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *