Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Aug 3, 2016 in Biegi, Biegi Górskie, Góry, Ultra | 0 comments

The North Face® Lavaredo Ultra Trail

The North Face® Lavaredo Ultra Trail

Stoję jakieś 50m od linii startu – zaczynamy za niecałe pięć minut. Cortina d’Ampezzo od kilku godzin topi się w lekkim – nawet przyjemnym – deszczu, ale trasa jest praktycznie cała beznadziejnie mokra. Błoto, śliskie kamienie i wszystko to co może uprzykrzyć bieg.  Rynek miasta rozświetlony halogenami, muzyka co chwila przerywana głosem komentatora, tłum zawodników i kibiców. Wszędzie czuć atmosferę biegu – a w środku radość, stres i ekscytację.

Z głośników zaczyna dobiegać The Ecstacy of Gold Ennio Morricone. Myślami przelatuję na szybko całą trasę. Jestem niestety ignorantem i nie zapamiętałem prawie żadnej nazwy poza Tre Cime – tam gdzieś ma czekać Jacek Deneka, który przyjechał razem z nami. Tak to zupełnie żadnego punktu żywieniowego, nazw dolin czy innych charakterystycznych miejsc…  ale trasę znam praktycznie cała na wyrywki – przedstartowy support Beli i 14h razem w samochodzie zrobiły swoje…

20160624_225629

Kilkanaście sekund do startu – zaczyna się odliczanie. Zegarek wyjątkowo zamiast dystansu pokazuje mi tylko i wyłącznie czas – zrezygnowałem z pomiaru żeby się nie stresować tym ile kilometrów zostało do końca. Zazwyczaj takie momenty rozwalają mnie psychicznie – zwyczajnie wysiadam emocjonalnie. Zresztą przed każdym startem mam podobnie, ale tu wszystko jest zwielokrotnione. W końcu to 3 maratony i jakieś 230 podbiegów pod Agrykolę. Parę dni przed startem jakoś mnie to nakręcało, ale teraz budzi już tylko respekt i strach.

Ruszamy punktualnie o 23:00. Pierwszych kilometrów trasy praktycznie nie pamiętam. W głowie muzyka i wiwatujące tłumy, a przed oczyma zegarek, który zaczął odliczanie.  Na trzecim czy czwartym kilometrze przelatują mi tylko przed oczyma Kargol i Belowski – kawałek dalej wylatujemy z miasta i wpadamy na boczne drogi. Chwilę później już tylko…

Kijki

Kuźwa kijki. Pieprzone kijki. Pierwsze 15km to nic innego jak walka z paraolimpiadą ludzi z kijkami, którzy za wszelką cenę próbują sobie zrobić nimi krzywdę, a jak im się nie udaje to walą centralnie w ciebie. Nie ważne, że podejście jest takie, że nawet podbiegać można (chociaż nie trzeba i śmiesznie to wygląda jak się szybkim krokiem idzie, a obok ktoś truchta… w tym samym tempie). Nie ważne, że co sprawniejsi wszystko co wypracują kijkami to tracą chowając je przed każdym lekkim zbiegiem.

Zasadą jest, że jeśli ktoś ma kijki to na początku zbiegu zatrzyma się, postawi zasieki (rozłoży kijki na boki) i poczeka, aż ktoś się na nie nabije. Całe szczęście pierwszy duży zbieg to dość sympatyczne korzenie, o które łatwo się potknąć więc cała ekipa zwalnia, a atmosfera się rozluźnia.

Punkty i trasa

Praktycznie całą trasę znałem na pamięć. Belowski przeciągnął nas po przyjeździe po części ważniejszych punktów, pokazał niektóre ścieżki, powiedział jak wyglądają przepaki, punkty żywieniowe i sprzedał praktycznie całą swoją taktykę – absolutnie wszystko. Znałem te góry lepiej niż okolice mojego domu zanim jeszcze przyjechaliśmy na miejsce ;)

fot. Łukasz Belowski

To co mnie zaskoczyło (pozytywnie) to punkty żywieniowe. Nie dość, że często i gęsto to jeszcze… jak to wszystko jest zorganizowane! Woda do kubka czy bukłaka wlewana dosłownie w kilka sekund. Do wyboru woda, cola (na wszystkich puntkach!) albo izotonik. Punkty praktycznie co ~2h więc szybko okazało się, że żeli i batonów wziąłem za dużo. Z jedzeniem zero problemów bo można było się opchać serem (tak serem!) słonym i tłustym. Po takiej uczcie przez kolejną godzinę słodkie wchodzi znów jak w masło.

Podejścia idą mi zajebiście. Mam wrażenie, że wpasowałem się w idealną grupę ludzi. Tasujemy się, co chwila ktoś kogoś wyprzedza, ale kolejną godzinę widzę dookoła te same numery. Na podejściach trzymam tempo, na zbiegach nieco wyprzedzam. Nie za szybko, nie za wolno – idealnie.

W Fedeeravecchia wysyłam SMS’a do Kargola i Belowskiego. Kargol i tak pewnie śpi, ale Bela kręci się po okolicy całą noc i supportuje wszystko co się rusza i ma biało-czerwone barwy. W odpowiedzi dostaje, że jak tak dalej pójdzie to zdążę przed meczem (reprezentacja Polski miała zacząć swój mecz 16h po starcie Lavaredo ;) ). Zajebiście myślę. Około 200 osób przede mną, jakieś 1300 za mną, czuje się rześki i prawie nie zmęczony – mimo dwóch podbiegów i 35km w nogach. Lepiej być nie może!

Misurina

Tuż przed Misuriną zaczyna się nieco komplikować. Na trasie pojawia się błoto. I to nie byle jakie błoto! Szlam wlewa się do butów. W zasadzie tylko ludzie z kijkami jako tako utrzymują równowagę i nie lądują co chwila w tej cholernej czarnej mazi. Sam na początku staram się ostrożnie stawiać kroki ale po dwóch glebach mam już wszystko w d… i lecę po prostej byleby tylko się nie przewrócić.

Kolejna gleba… kurde ile można. W dodatku pojawiła się przede mną (a w zasadzie przed nami bo od dobrych 40min biegnę krok w krok za jakąś Włoszką – pamiętam tylko jej numer i białe kompresy) para Koreańczyków. Kuźwa ale się wloką. W dodatku z kijkami więc obstawiają wszystkie trzy pasy i pobocze. Czasami się zastanawiam czy nie łatwiej będzie ich przeskoczyć.

Nagle pojawia się okazja! Włoszka przeskakuje obok nich tuż przed wielkim basenem z borowiną. Ja będę musiał biec przez błoto – Koreańcy w jedną stroną więc ja redukcja i tuż obok nich drugą stroną błota. Gleba…

Parę wyprzedziłem, ale dopiero po kilkunastu minutach doszło do mnie, że upadek musiał być ciekawszy niż wszystkie pozostałe bo zarówno kijkowe małżeństwo jak i Włoszka zatrzymali się żeby mi pomóc wstać. Błoto z jednej strony powyżej kolana, z drugiej do pasa. Jakieś gliniane cholerstwo, które nie chce zejść. Olać – noga trochę oberwała – czuje, bo lekko sztywnieje – ale drobiazgami się nie ma co przejmować.

20160625_100727

Tuż przed Misuriną zaczyna być trochę gorzej. Spod błota sączy się krew – pierwsza myśl kurwa trzeba to przemyć, stracę czas i wodę… ehh… druga myśl ale to gówno się trzyma. I faktycznie – błoto nie chce schodzić, pół bukłaka poszło żeby to obmyć – całe szczęście poranek jest dość chłodny, pić się nie chce, a i tak za dużo zabrałem więc jest co wylewać.

Wyprzedzają mnie ludzie, których 10-15min temu wziąłem na podejściu. Kuźwa pieprzony upadek, cholerni Koreańcy z kijkami. Ale dobra, stało się. Tylko że słabo to wygląda, trzeba będzie dezynfekować. Kilometr dalej stoją jacyś ratownicy (potem się okazało że to jacyś leśnicy). Przemyli wodą i pytają czy bandażować. Ok…

W Misurinie stoją już prawdziwi medycy. Zdezynfekowali i mówią, że to otarcie. Zaaaajebiście, no to nara. 30min w plecy, ale dopiero 40km więc jest gdzie nadrabiać. I tak Belowego wyniku nie przebije. Ale jest dobrze! Podbieg pod Tre Cime chwilę po wschodzie słońca. Ale tu pięknie, ale tu ładnie! Z małym wyjątkiem…

Czuje kolano. W czasie upadku noga poszła po kamieniach i wygląda na to, że dość mocno zbiłem sobie kość. Do tej pory na podejściach i na płaskim było ok, ale teraz zaczyna to wszystko sztywnieć i lekko boleć. Kuźwa no…   Zaczyna być słabo. Noga boli więc lekko zwalniam. Zwalniam więc zaczyna mi się robić chłodno. Zwalniam więc zaczynają mnie wyprzedzać. 45km, prawie 2500m do góry… 75km przede mną… nie, błagam – nie teraz…

Dwadzieścia minut później czuje, że robię się słaby. Noga nie boli – wszystko boli. Zimno mi. Wyciągnąłbym kurtkę, ale przecież zaraz się rozgrzeję. Tylko że zamiast przyspieszać coraz mocniej zwalniam. Przestałem liczyć osoby, które mnie wyprzedziły. Musi być źle bo już trzecia osoba się pyta czy wszystko ok. Zimno, boli kolano, boli wszystko, nie mam siły, brakuje mi powietrza (2100mnpm), końcówka chyba najdłuższego podejścia, czuje że szklą mi się oczy…  siadam na kamieniu… chyba tu umrę. Co za bezsens…

Wyciągam telefon i wylewam z siebie wszystko w SMS-ie…  nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłem, ale teraz to pomaga. Zamykam oczy i szukam na mp3 utworu, który kojarzy mi się z czymś pozytywnym – z bandą różowych wariatów, z ludźmi których uwielbiam. Znajduję…

Kilkanaście minut później wszystko wraca do normy. Kolano boli, ale głowa wraca do siebie. Wzorowy punkt żywieniowy (mimo kuszącego ciepłego pomieszczenia, rosołu i innych rozkoszy spędzam na nim zaledwie kilka minut) i dalej w trasę. “Tylko nie za szybko” dostaje od Belowskiego. Drugi SMS od Kargola, że zaraz zaczyna Cortinę. Zazdroszczę mu – tylko 56km i w dodatku spał w nocy…

Na szczęście już są! Tre Cime! Rany jak tu pięknie. Truchtam dość wolno mimo braku jakiś większych podejść ale tłumacze sobie wszystko tym, że kolano musi odpocząć. Odpocząć… 50km w nogach, a ja chce odpoczywać… no dobra…  tylko gdzie jest Deneka kurde… już powinien być – chcę zajebistą fotę… Tyle biegów i jeszcze żadnej mi nie zrobił.  W końcu jest – coś krzyczy. Rany jak fajnie spotkać kogoś swojego na trasie!

Zbieg i zejście z trasy

Euforia nie trwała niestety długo. Pierwszy kilometr zbiegu wręcz wzorcowy – wyprzedziłem nawet kilka osób, ale bardzo szybko kolano (w zasadzie cała noga) dały o sobie znać. Zaczynam zwalniać, znów tracę pozycję. Ok myślę – zbieg – wiadomo. Problem tylko że na płaskim też mnie boli i to dość mocno.

W końcu kilka kilometrów dalej jest Belowski! Przy punkcie medycznym… umiał się ustawić. Podbiegam do niego, lekarz zaczyna oglądać nogę, Bela coś do niego mówi w jednym z 17 języków których tego dnia używał. Dezynfekują, owijają bandażem. Niestety noga zaczyna lekko puchnąć i jeszcze mocniej boleć. Kurwa :(

fot. Łukasz Belowski

fot. Łukasz Belowski

Bela chce biec ale ja już nie daje rady. Co za bez sens – już nawet z biegiem po płaskim mam problem. Chociaż w tamtej chwili już bardziej głowa działała bo czas miałem fatalny, a perspektywy na poprawę żadne. Z nogą coraz gorzej, zbliża się 9h biegu a przede mną jeszcze 60km i dwa długie podbiegi. W końcu puszczam Łukasza przodem, a sam zaczynam powoli truchtać w stronę przepaku na 66km ze świadomością, że będę tam musiał skończyć bieg…

Cimabanche

Chyba najgorsze co może człowieka spotkać. Ostatnie 100m do przepaku. Masa ludzi krzyczy, kibicuje, a Ty wiesz, że to na nic – przecież i tak nie pobiegniesz dalej. Za duże ryzyko uszkodzenia sobie nogi… cholera wie co się stało – boli, puchnie…  ale kibice są wytrwali, krzyczą, motywują. W końcu widząc, że zdejmuje zegarek z ręki – na moment cichną… znowu chce mi się płakać.

Epilog…

Lavaredo ma genialną trasę, jest fantastycznie zorganizowany i poza tym, że prawie nikt nie rozumie tu angielskiego to naprawdę niczego nie brakuje. Cortina zachwyca nie tylko otaczającymi ją górami ale też architekturą – pięknem zabudowy i brakiem turystycznego kiczu jak na ulicach polskich, górskich miast. A Dolomity…   warto tu przyjechać nie tak jak my – na 4 dni – tylko zatrzymać się przynajmniej na tydzień. Zwiedzić okolice, zapoznać się z trasą, zaklimatyzować się i nacieszyć się górami.

P.S. Szczegóły dotyczące samego biegu, trasy i logistyki najlepiej przeczytać w jednym z artykułów Mistrza Polski Lavaredo 2015 ;)

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *