Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Jan 26, 2015 in Biegi, Pozostałe | 0 comments

Marriott Everest Run czyli lekkie obłąkanie

Marriott Everest Run czyli lekkie obłąkanie

Od czasu do czasu warto sobie urozmaicić bieganie. Nawet jeśli ktoś próbuje swoich sił w triathlonie, biegach górskich, biegach ulicznych i biegach na orientację to czasami przychodzą do głowy pomysły z gatunku zróbmy coś niecodziennego! Tym razem pomysł przyszedł sam –  w sieci pojawiła się informacja o Marriott Everest Run – czyli 24h bieganie po schodach z założeniem osiągnięcia 8848m przewyższenia. No to mamy urozmaicenie…

Wąskie schody, ciasna i duszna klatka schodowa bez okien, temperatura sięgająca 30C, monotonne zdobywanie pięter, które w zasadzie różnią się od siebie tylko numerem na ścianie i żadnych kibiców na trasie. 7-8 min podejścia, czekanie na windę, zjazd – 2min na jedzenie i picie i tak w kółko. Do tego skupienie wariatów na metr kwadratowy przekraczające wszelkie dopuszczalne normy.

mer_03

Ale za to jakich wariatów! I nie mówię tylko RadkuMarcinie i Kwito z którymi się umawialiśmy na wspólne pokonywanie trasy i nie raz biegaliśmy przez wiele godzin po bagnach, łakach i innych polach w poszukiwaniu biało-czerwonych szmat z dziurkaczem…

Wchodzisz na górę n’ty raz i nagle się okazuje, że idziesz i gadasz z człowiekiem, który skończył Spartathlon (246km w dość trudnych warunkach) i twierdzi że bieganie po pustyni przy 55C jest do wytrenowania. Chwilę później podobna sytuacja – tylko koszulka na gościu inna – UTMB (~170km i ~9000m przewyższenia). Potem kilkanaście podejść w grupie triathlonowej, z czego połowa z ukończonym IM na koncie (Malbork, Borówno etc), reszta minimum IM 70.3 (i jak się okazuje wszyscy mamy wspólnych znajomych). Dalej przekrój koszulek z chyba wszystkich większych biegów Ultra w kraju. Bieg Rzeźnika, Maraton Gór Stołowych, Łemkowyna Ultra Trial etc etc.

Jak już trafiasz na pozornie normalną osobę, która nigdzie specjalnie nie startuje, nie biega ultra, nie wspina się, nie ma życiówki poniżej 3h w maratonie to się na koniec okazuje, że zamiast na everest wchodzi gdzieś w kosmos po 70 czy 80 razy bo ciśnie do końca całe 24h…

Masa ludzi nakręconych adrenaliną. Tematy rozmów często schodzą z biegania na inne dyscypliny sportów wytrzymałościowych. Nawet w czasie przerw, leżąc na podłodze ludzie gadają o Broad Peak, książkach Wandy Rutkiewicz czy wyprawach na Mont Blanc.

I wśród tego towarzystwa my – amatorzy biegów po schodach, którzy chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z wielkości tego wyzwania. I nawet nie chodzi o możliwości fizyczne – po ukończonych 42 piętrach nawet nie miałem zakwasów drugiego dnia – w zasadzie żadnych fizycznych dolegliwości. Najcięższe co w tym wszystkim było siedziało w głowie.

Pierwsza godzina zeszła nam w naprawdę szybkim tempie. Startując z pierwszą grupą o godzinie 8:1o wystarczyły nam 62 min żeby wejść na górę pierwsze 6 razy. Niestety potem powoli zaczynało przyrastać zawodników (kolejne grupy wchodziło na trasę o 9:00, 10:30 i 11:30), a jedna przydzielona nam winda zwyczajnie przestała wyrabiać. Przez kolejne trzy godziny więcej staliśmy w małym pomieszczeniu przed windą techniczną, w grupie 70-80 osób, w cholernym zaduchu i z temperaturą około 30C, niż wchodziliśmy po schodach. Kolejne 6 podejść skończyliśmy 2,5h później…

Częstotliwość naszych wycieczek i opóźnienia w czekaniu na windę (a czasami windy, psujące się windy… ) widać na wykresie poniżej.

mer-podejscia

Na szczęście ekipa organizatorów działała dość sprawnie i udało im się przekonać hotel do uruchomienia kolejnej windy. Niestety na niewiele to się zdało – przy 190 startujących osobach nawet 3 windy nie dałyby rady. Gigantycznym plusem było rozstawione przez pierwsze 8 czy 10h stanowisko z wodą na ostatnim piętrze dzięki czemu wiele osób zamiast robić przerwy na jedzenie na dole zabierało ze sobą żywność do góry i jadło ją w kolejce do windy – popijając wodę lub izotonik od ekipy EverestRun ( i tu szczery, naprawdę szczery podziw – wytrzymać w tej atmosferze w punkcie żywieniowym na górze czy jeżdżąc z nami windą to musiało być coś naprawdę trudnego).

mer-okrazenia

Po mniej więcej dwudziestu podejściach piętra przestają mieć w zasadzie znaczenie. Stają się abstrakcją, na która nikt nie zwraca uwagi. Patrzysz tylko na cyfry dziesiętne – zresztą najpierw jest kartka, że dzwonek alarmowy nie działa, jak jest 1x tzn, że dopiero zaczynasz, na 16 jest chłodno bo wentylacja wieje prosto na podejście, 2x to mniej więcej połowa, a na 30 rejestrujesz tylko, że jeszcze 1,5min i podejście skończone.

Czasami leci to tak, że nie zauważasz niektórych pięter. Wydaje Ci się, że będziesz gdzieś w okolicach 20’tego, a tu już 31…  Z kolei na 38 wiesz, że to już tylko trzy kroki i koniec. Te trzy kroki to całe 4 pietra…

W drugiej połowie podobnie zaczyna być z podejściami. Między 28-30 dopadł mnie kryzys do tego stopnia, że myślałem że zaraz skończę. Każde podejście było długie i męczące, a kiedy myślałem że to już 31 okazywało się, że dopiero 30 raz wchodzę na górę. Mimo, że na zegarku ciągle widziałem zaliczoną liczbę wejść.

mer_02

Kryzys minął w okolicach 32 podejścia. Zrobiło się luźniej na schodach, czas oczekiwania na windę zmalał do kliku minut, ale zmęczenie dawało się już na tyle we znaki, że coraz częściej musiałem robić 2-3 min przerwy na dole. Za każdym razem jedząc i pijąc. Godziny mijały strasznie szybko. Mam wrażenie, że od 28 podejścia do 40 zleciało maksymalnie 1,5. W rzeczywistości, zajęło mi to lekko ponad 3h.

Po 13h i 40 podejściach przyszła pora na decyzję. Z pewnych względów i tak miałem czas tylko do 2:00 w nocy, zostało mi więc maksymalnie 3-4h. Początkowo planowałem zmieścić się w tym czasie z 65 podejściami, ale gigantyczne korki w ciągu dnia całkowicie zniwelowały te plany. Wiedząc że nie dam rady zrobić już całego everestu, przy dość sporym zmęczeniu (głownie psychicznym) i po 13:00h w klaustrofobicznych warunkach zdecydowałem, że jeszcze dwa podejścia – do magicznej liczby 42 – i koniec.

I tak się stało. Przez chwilę wahałem się czy może 1-2 podejścia więcej nie dadzą mi przekroczyć jakiejś magicznej bariery, ale Jędrek na facebooku upewnił mnie, że 42 podejścia to wysokość szczytu Elbrus. I tam też skończyło się bieganie po schodach.

mer_01

 

I szczerze mówiąc podziwiam tych, którzy zrobili 65 podejść i więcej (znalazł się nawet wariat, który wykręcił 92 wejścia na szczyt Marriotta) szczególnie za wytrwałość i wytrzymałość psychiczną. Cały EverestRun to naprawdę ciekawa impreza i coś, czego warto spróbować – chociażby po to, żeby sprawdzić czym jest ekstremalne wbieganie po schodach.

Sprawdziłem. To zupełnie nie dla mnie. Jeśli już mam umierać po 12h wysiłku na trasie to niech to chociaż będą piękne okoliczności przyrody, a nie betonowy bunkier bez okien ;)

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *