Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Jun 30, 2017 in Biegi, Biegi Górskie, Góry, Ultra | 0 comments

Lavaredo vs Choiński 2:0

Lavaredo vs Choiński 2:0

Schodzenie z trasy jest słabe i boli. Fizycznie i psychicznie. Boli tym bardziej, im ważniejszy jest start. Boli jeszcze mocniej jeśli, rok wcześniej zeszło się z dokładnie tej samej trasy. Ale najbardziej kiedy się nie wie dlaczego.

Nie chce napisać, że to był start roku bo przez 7 lat biegania nauczyłem się, żeby w ten sposób nie podchodzić do zawodów. Skłamałbym jednak gdybym napisał, że nie były to dla mnie cholernie ważny bieg. Praktycznie całe półrocze podporządkowane było treningom pod Mardułę i Lavaredo. Po pierwszym kwartale i dwóch życiówkach w półmaratonie (ostatnia 1:23:17 w Warszawie) nieco zwolniłem i zaczałem robić dużo więcej podbiegów i objętości.  Pierwszym sprawdzianem była Szczawnica, która mimo lekkiego przeziębienia poszła całkiem sprawnie. Ostatnim bieg Marduły, który wyszedł chyba całkiem nieźle. I w końcu przyszedł czas na Lavaredo.

Porządny trening, odpowiednia ilość odpoczynku przed startem (praktycznie 2 tyg zupełnego luzu), w miarę przestrzegana dieta i jesteśmy – całą paczką na Camp Olympia niedaleko Cortiny. Lavaredo startuje o godzinie 23:00. Nie stanowi to jednak problemu. Wiele PMNO, które mam już za sobą, nawet tych na 50km, startowało o godzinie 20:00 lub 21:00 w piątkowe wieczory. Nauczyłem się tak odżywiać w ciągu dnia, aby na start iść w pełni najedzonym i bez konieczności szukania toalety tuż przed czy tuż po starcie.

Post udostępniony przez Paweł Choiński (@pawelchoinski)

Przed startem jest wręcz idealnie. Na kilka minut przed 23:00 nawet wspomniałem kibicującym nam “rurzowym“, że dawno nie było tak dobrze przed żadnymi zawodami (chociaż stress był… ale umiarkowany). Start to przyjemność. Na pierwszych kilometrach biegnie mi się bardzo dobrze, nie czuję późnej godziny, żołądek ogarnia żele, wodę i sole tak jak powinien. Lecę nieco szybciej niż rok wcześniej, ale mimo wszystko trzymam się max 80% mocy. To w końcu 120km. O wyniku zdecyduje to w jakim będę stanie po 90km, a do tego miejsca jeszcze sporo czasu. Zupełnie nie ruszają mnie zawodnicy, którzy nie wiedzieć dlaczego na ponad 100km przed metą bawią się w wyprzedzanie na stromych podbiegach. To już ich problem.

W porónaniu z zeszłym rokiem, kiedy supportował nas na trasie tylko Bela, w tym mieliśmy praktycznie pełne wsparcie całej “Rurzowej rodziny”. Cała ekipa w Cortinie, dziewczyny z dzwonkami zaraz po pierwszym zbiegu (i dalej na trasie, czego już nie mogłem niestety doświadczyć) i niezrównani Bela i Krasus, którzy całą noc, cały dzień i początek kolejnej nocy jeździli od punktu do punktu starając się wszystkich ogarnąć.

Przed startem miałem dwa założenia – ukończyć i jeśli się uda – zrobić to w jakimś sensownym czasie. Na profilu trasy nałożyłem sobie czasy Beli sprzed dwóch lat. Nie, żeby się z nim ścigać, ale żeby mieć mniej więcej wgląd w tempo jakie utrzymuje na poszczególnych odcinkach etc.

Na 12km spotykłem nasz support, gadam chwilę z Krasusem i z Belkiem (nie zwalniając tempa). Jest zajebiście! 20min później dobiegam do pierwszego punktu żywieniowego i znów wzorcowo – 50m wcześniej wypijam resztkę wody z flasków i z pustymi i odkręconymi podbiegam do wolontariusza. Chwytam jeszcze w przelocie kawałek jabłka i dwadzieścia sekund później znów jestem na trasie. 

Post udostępniony przez Paweł Choiński (@pawelchoinski)

Zaczyna się strome podejście. Idę wolniej niż reszta, ale takie jest założenie. Przynajmniej do Tre Cime nie chcę się za bardzo zmęczyć, Do 20km mi się to udaje. 

I nagle mnie trafia… Nie wiem na którym kilometrze dokładnie. Na zegarku mam tylko stoper. Zaczyna mi się gotować w żołądku. Minutę później witam się ponownie z ostatnim żelem, a następnie z obiadem i śniadaniem. Kilkanaście minut później czuje już ból. Boli żołądek i nerki. Baterie wypadły. Kilka kolejnych minut i czuję, że mam problem z utrzymaniem się na nogach…

Mniej więcej po 20min od retrospekcji śniadania czuje, że jest już bardzo źle. Zupełnie nie mam siły iść, a wzrokiem wyszukuje kamieni, na których da się usiąść. W końcu siadam i chwilę odpoczywam. 22 może 25 km. Jak? Skąd? Dlaczego? Nie wiem. Biegłem może z połową tej intensywności co trzy tygodnie wcześniej na Mardule. Jest chłodna noc… nie ma żadnych podstaw to tego, żeby ścięło mnie aż tak.

Powyżej 2000npm wyciągam kurtkę, bo rękawki już nie wystarczają. Ból nie ustępuje, wymiotować już nie mam czym. Siadam po raz kolejny na kamieniu i wysyłam sms’a do Krasusa z pytaniem czy są już na kolejnym punkcie. Kilka osób pyta mnie czy wszystko w porządku. Chwilę później dostaje zawrotu głowy i prawie spadam z kamienia na którym siedzę. Zaczyna mną telepać (chyba) z zimna. W głowie mam tylko niecenzuralne słowa i myśli, że przecież takie rzeczy się nie dzieją po zaledwie półmaratonie i nie na takiej wysokości. Jedno wielkie WTF?

Miałem za żadne skarby nie schodzić. Nawet jeśli wszystko pójdzie nie tak miałem poprostu iść do mety. Jest środek nocy, mam prawie 100km przed sobą, telepie mnie z zimna, wszystko mnie boli i zastanawiam się co się ze mną dzieje jednocześnie robiac wszystko, żeby nie zasnąć. Wytrzymałem tak jeszcze kilka chwil i w końcu sięgnąłem po telefon. Po kolejnych 15min siedziałem już w samochodzie włoskiego GOPRu, który rozkosznie migająć niebieskim światełkiem jechał w dół. Kiedy podeszli do mnie GOPRowcy nawet nie pytali co się stało tylko owinęli mnie folią i zaprowadzili 200m do samochodu, wcześniej zabierając mi numer startowy…

Około czwartej nad ranem, po diagnozie “cholera wie co”,  Krasus i Bela zwieźli mnie do naszego obozu. W chwili kiedy pierwsi zawodnicy mijali Tre Cime ja kładłem się spac w swoim namiocie.

Całe szczęście z naszej paczki prawie wszyscy zrealizowali swoje założenia. Po niecałych 23h do mety Lavaredo dotarła nasza niezwyciężona Ava. Zosia, Marcin Wacko i Kargol skończyli Cortina Trail (Marcin był II polakiem na mecie!), a cała reszta chyba całkiem nieźle się bawiła :)

Niestety w przyszłym roku raczej nie będzie mnie na Lavaredo…

Post udostępniony przez Paweł Choiński (@pawelchoinski)

…wrócimy w 2019 rozjebać system! :D

P.S. Jeśli jesteście ciekawi jak było w samej Cortinie, na Cortina Trail i w okolicy to możecie posłuchać drugiego odcinka naszego pĄpkastu :)

pĄpkast #2 – LUT – Podsumowanie

Drugi pĄpkast o Lavaredo Ultra Trail. Tym razem podsumowujemy całą imprezę – zarówno od strony biegowej (LUT i Cortina Trail) jak i od strony supportowo-turystyczno-noclegowej. Całość przeplatana dygresjami nt schodzenia z trasy, biegów Ultra, treningów i przygotowań i innych ciekawych rzeczy. Rozmawiają Łukasz Belowski, Paweł Choiński, Marcin Kargol, Marcin Krasoń i Marcin Wacko.

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *