Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Jun 2, 2012 in Biegi, Biegi Górskie, Biegi Na Orientację, Ultra | 0 comments

Kierat 2012

Kierat 2012

Nie udało się. Nawet więcej – poszło fatalnie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że na dobra sprawę na własne życzenie. Nie zadziałało dokładnie to, czego się spodziewałem. Zlekcewarzyłem kontuzje, nie przygotowałem sie należycie do startu i zignorowałem sygnały organizmu, który mówił “zwolnij”. Efekt jest taki, ze nie dotarłem do mety. Nie dotarłem nawet do trzeciego punktu na 28 kilometrze. Dotrałem do bazy po trzech godzinach od startu – samochodem GOPRu.

Miesiac temu na Harpaganie, kończąc bieg w rekordowym czasie, nadszarpnąłem dość mocno staw skokowy i kolanowy. Szybko jednak mi przeszło (przynajmniek tak mi się wydawało). DyMnO, które miało być lekkim treningiem przed Kieratem treningiem, przez głupie ambicje, oczywiście nie było i zamiast przetruchtać całe biegłem ile sił w nogach.

W rezultacie po treningu podbiegania na Agrykoli, na 5 dni przed wczorajszym startem, do samochodu ledwo doszedłem. Po 5km biegu… Ale przecież zostało tyle czasu – przejdzie mi! Pewności siebie dodał mi czwartkowy Nightskating w Warszawie. Troche kilometrów na rolkach i nic – zero bólu, żadnych dolegliwości – jestem wyleczony!

I byłem – przez pierwsze 10-12km. Zaraz za pierwszym punktem, po dość długim i stromym zbiegu, kolano delikatnie (jakby ktoś wbił mi gorący pręt w sam jego środek) zasygnalizowało, że wysiada. Bieg zmienił się w podbieganie i pierwsza dwudziestka, w której byłem zmieniła się w trzydziestkę.

Do kolana, na 300metrowym podejściu na punkt drugi, dołączyła reszta nogi – kontuzjowane wczesniej “okolice piszczeli” (nie wiem co tam siada, ale uczucie jest takie jakby ktoś chciał na siłę rozdzielić obie kości).

Podbiłem punkt, usiadłem na belkach ułożonych obok i poczułem ogromną ulgę. To nie był jakiś ogromny ból, ale był narastający. Siedziałem tak z mapą patrząc na trasę i na kolejne grupy ludzi dobiegające do sędziego. Nadal byłem w pierwszej czterdziestce, za mną było z 450 osób. Miałem zrobione 20km i 850 (z 3500) metrów podejścia. W 2h 20min.

Siedzę tak i biję się z myślami. Po 10min przestałem już myśleć o skończeniu całości tylko o przebiegnięciu jak najdalej. Ale kiedy podniosłem sie na nogi kolano dało o sobie znać po raz kolejny – ze zwiększoną siłą. W tedy podszedł do mnie jeden z GOPRowców i spytał na co mi ten jeden dodatkowy punkt?

I chyba miał rację. Do trzego może bym doszedł, ale co z kolejnymi 70km? A może to chwilowy kryzys, może się rozchodzi i przejdzie? Obejrzałem jeszcze raz mapę, spojrzałem na tracka gpsowego. Siedziałem tak jescze 10-15mimut. Założyłem astabilizator na kolano, łyknąłem dwa ibupromy i podszedłem do sędziego mówiac “rezygnuje”.

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *