Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Aug 3, 2014 in Triathlon | 1 comment

ENEA Poznań Triathlon – Połówka IM

ENEA Poznań Triathlon – Połówka IM

“…Od dobrych dwóch kilometrów nie daję rady rozpędzić się szybciej niż 27km/h, to o prawie 6km/h mniej niż średnia z pierwszej godziny jazdy. Sam już nie wiem czy jadę pod wiatr, czy pod górkę. Czuje jak kończy mi się energia, uda zaczynają palić, skóra na rękach zaczerwieniona od słońca, Suunto pokazuje już 32,6C, woda i soki w bidonach są na wykończeniu. 63km, na zegarku 2h 01 min jazdy… Najchętniej położył bym się na lemondce i usnął – zresztą mało do tego brakuje. Odliczam kilometry do nawrotu w Kostrzynie gdzie jest punkt z wodą – potrzebuje się schłodzić – inaczej nie dojadę nawet do Poznania…”

Triathlon to dość specyficzny sport. W trakcie całego wyścigu zmieniają się nie tylko dyscypliny, poziom zużywanej energii, temperatura czy zmęczenie. Zmienia się prawie wszystko dookoła. Bardzo trafnie spostrzegła to Martyna – zaczyna się od walki i agresji, przechodzi przez zdrową rywalizację żeby zakończyć się na pełnym wzajemnym wsparciu i wręcz grze drużynowej. Całość odwraca się niemal o 180 stopni w ciągu kilku godzin.

Kilka chwil po starcie wpadasz w tzw “pralkę”. Centymetry od Ciebie o wodę uderzają dłonie i nogi innych zawodników, co chwila ktoś na Ciebie wpada, czasami Cię uderzy, czasami Ty uderzysz kogoś. Przy nawrocie trzeba się pilnować, żeby Cie nie przytopili. Bardzo łatwo się zachłysnąć czy opić wodą. Tu każdy jest sam, nikt Ci nie pomoże, kibice to odległe punkty na brzegu, których i tak nie słychać. Tego ile już płyniesz nie wiesz bo nie sposób spojrzeć na zegarek. Starasz się trzymać rytm, prawidłowo oddychać, płynąć w miarę prosto i nie oberwać od nikogo przepływającego obok. I tak przez około 35-40min.

Drugi etap jest spokojniejszy. Na pomoc innych nadal nie ma co liczyć – w końcu to zawody sportowe, ale zaczynają się krótkie rozmowy z innymi zawodnikami, czasami żarty czy komentarze nt trasy czy “czołówki”. Ważną rolę zaczynają też odgrywać kibice, którzy rozstawieni w kilku-kilkunastu strategicznych miejscach wzdłuż trasy zaczynają Cie dopingować. Nadal trwa walka, ale brak już agresji.

Wszystko zmienia się w czasie biegu. Szczególnie w środku stawki. Owszem – nadal wszystkim zależy na jak najlepszym wyniku, ale upał robi swoje i wielu zawodników zaczyna się wzajemnie wspierać żeby przetrwać do końca. To etap, który jest zupełnym przeciwieństwem pływania. Tu uczestnicy motywują się wzajemnie. Co chwila ktoś komuś podaje wodę, przekazuje dalej worki z lodem, podaje żele etc. Do tego kibice obecni prawie na każdym kroku i dużo bliżej niż podczas pozostałych etapów. Wszystko to sprawia, że czujesz się zupełnie inaczej niż chwilę po starcie.

DSC_0409

Przed startem

Dawno przed żadnymi zawodami tak się nie stresowałem. Nie bałem się czasu wyścigu bo wielokrotnie zdarzało mi się uczestniczyć w 10 czy 12 godzinnych biegach. Bałem się połączenia wszystkich trzech dyscyplin, limitów czasowych i przede wszystkim – upału. Z wysoką temperaturą zwyczajnie sobie nie radzę o czym miałem okazje przekonać się kilkukrotnie nie tylko podczas biegów. Plus jest taki, że wiem jak mój organizm reaguje na odwodnienie i kiedy dochodzę do granicy po której tracę przytomność. Mimo wszystko to czego się najbardziej boję to półmaraton, w pełnym słońcu przy ponad 30 stopniach Celsjusza. Pewien problem może również stanowić rower, który kupiłem w Decathlonie dzień przed startem i zdążyłem przejechać na nim zaledwie 7km… będzie jak ma być – byle by tylko gumy nie złapać bo na wymianie dętki spędzę pewnie z 30min. Teoretycznie zagrożeniem może być wyrwany 4 dni wcześniej ząb, ale wygląda na to, że nie będzie mi przeszkadzać.

Przed startem ostatnie sprawdzenie sprzętu w strefie zmian. Powietrze w oponach, kask na lemondce, rękawiczki w kasku, numery, koszulka, pozostałe rzeczy na zmianę, buty, żele… jest wszystko. Przerzutka ustawiona na lżejszym biegu bo trasę rowerową zaczynamy od podjazdu. Wszystko gotowe więc chwytam piankę, czepek i okulary i idę do strefy startu nad wodę.

Zaczynamy

Trzy minuty do startu. Ponad 1000 osób w wodzie robi wrażenie. Emocje są dodatkowo potęgowane przez człowieka ze szczekaczką rozgrzewającego publiczność (2min do startu). Wiszę w wodzie trzymając się jedną ręką betonowego nabrzeża i ustawiając zegarek (1min 30sek) nagle pada jakieś hasło i cały ten tłum w wodzie jak jeden mąż wyrzuca z siebie gromki okrzyk – ciarki przechodzą mi po plecach (minuta). Zgodnie z sugestią Krasusa ustawiam się maksymalnie z prawej strony – tu powinno być nieco mniej osób (30 sekund), a bojki wezmę szerokim łukiem. Narzucę ze 20m ale lepsze to niż dać się przytopić. Pada strzał. Woda zawrzała.

DSC_0421

Płynę stylem klasycznym, z kraula postanowiłem zrezygnować, nie jest jednak źle bo raz, że od 500m nikt mnie raczej nie wyprzedził co więcej – ja zaczynam wyprzedzać innych. Udaje mi się trzymać tempo, czuje że płynę poprawnie bo kolejne słupki i bojki zbliżają się do mnie dość szybko, a białe bojki oznaczające nawrót są coraz bliżej.

Zaczynam kalkulować – teoretycznie dałbym radę płynąć szybciej, ale nie wiem czy wtedy starczy mi energii na bieg i na rower. Policzyłem, że gdzieś przy drugiej białej bojce na nawrocie będzie połowa – tam spojrzę na zegarek i zdecyduje czy przycisnąć bardziej czy nie. Zegarek pokazał 21min czyli czas mam zajebisty! Zakładałem, że 1950m przepłynę w 45min, a wychodzi na to, że zajmie mi to 42-44min. Chyba, że źle przeliczyłem odległość. Liczę jeszcze raz.

Po nawrocie zupełnie nic nie widzę – słońce odbija się od tafli wody tak mocno, że w ogóle nie widać końca etapu pływackiego. Dobrze, że na Malcie ustawione są tory pływackie – trzymam się rzędu żółtych bojek i zaczynam wyprzedzać coraz więcej osób. Kilkanaście minut później zaczynam widzieć bramkę przy wyjściu z wody i zegar. Na 100m przed wyjściem zegar pokazuje “39:15”. Nie możliwe – przecież nie płynę aż tak szybko. Zerkam na zegarek na ręce… pływanie zamknę w 40min! Jest zajebiście!

Strefa zmian idzie mi bardzo szybko. Na szczęście nie mam problemu z rozpięciem pianki (miałem taki problem na Triathlonie IT). Zrzucam ją do kosza razem z czepkiem i okularami. Zakładam rękawiczki, kask, okulary… cholera, okulary. Przez głowę przechodzi mi myśl, że przecież o nich zapomniałem – ale właśnie je założyłem. Zakładam spodenki i buty, chwytam rower i wybiegam ze strefy. Dopiero na mecie dowiedziałem się, że okulary do mojego koszyka wrzuciła Martyna, która w ostatniej chwili zorientowała się że o nich zapomniałem. Dobrze mieć kogoś, kto o Ciebie zadba kiedy adrenalina przed starem nie pozwala Ci już racjonalnie myśleć.

Rower
Rowerem nigdy mi się tak gładko nie jechało – pewnie dla tego, że 99% życia jeździłem na MTB, a szosówkę na której jadę mam od wczoraj – z 7km przebiegiem. Co prawda mylą mi się jeszcze przerzutki przez co tracę kilka sekund na dwóch pierwszych podjazdach, ale w moim przypadku to żadna strata. Gdzieś na pierwszych kilometrach musiałem wyprzedzić Jędrka, który wyszedł z wody niecałe 2min przede mną. Nie widziałem go w strefie zmian, ale nie zarejestrowałem też spotkania na trasie rowerowej.

Mam wrażenie, że wyprzedziłem już ze 30 osób. Rower sprawuje się naprawdę wyśmienicie – momentami na prostej dobijam do 37-38m/h, na zjazdach nawet powyżej 45-50 – oczywiście chwilowo. Kiedy jestem na 12km po drugiej stronie ulicy mija mnie samochód z zegarem i zawodnicy z czołówki. Są jakieś 16-18km przede mną… jakieś 35-40min przewagi. Co za ludzie.

Dojazd do Kostrzyna i droga powrotna idą mi wyjątkowo dobrze. Już w Poznaniu mijając zjazd do strefy zmian widzę (i słyszę!) w oddali Martynę i Krasusa! “Ogień z pąpDUPY!”, uśmiech Martyny i wrzask Krasusa! Nogi same zaczynają mocniej cisnąć na pedały – w dodatku mamy lekki zjazd więc prędkość skacze do ponad 50km/h.

DSC_0471

Śródka, nawrót przy moście, butla z wodą chwycona w locie i wpadam na drugą pętle. Tym razem jest lekki podjazd, Martyna, Magda i Krasus są po drugiej stronie ulicy znów dając mi tyle energii że zaczynam wyprzedzać ludzi na podjeździe. Zmienili stronę, to znaczy że Jędrek też już poszybował na drugą pętle, czyli jest kilka minut za mną. I tak wyprzedzi mnie na bieganiu, ale im większą przewagę zdobędę na rowerze tym mniejsza masakra będzie na ostatnim etapie.

Zaczynają się jednak schody. Zaczynam czuć zmęczenie i lekki głód – znaczy, że mus owocowy z drugiego bidonu już nie wystarcza. Otwieram i zjadam batona energetycznego, ale czuje że jedzie mi się coraz gorzej. Od Swarzędza zaczął wiać lekki wiatr, mam wrażenie że jadę pod górkę. Nie wiem czy nagle straciłem siły czy coś jest nie tak. Zaczynam obserwować drzewa i zborze i faktycznie – wieje. Ale chyba nie aż tak mocno? Kryzys. Nie pierwszy i nie ostatni pomyślałem. Staram się myśleć o wszystkim tylko nie o zmęczeniu i pierwsze co mi się przypomina to tekst na Jędrka blogu o tym, ze to wszystko siedzi w mojej głowie. Siedzi i przeszkadza w dodatku wyjść nie chce. Zaczynam kalkulować czy starczy mi sił, jedzie się coraz gorzej, a prędkość średnia mi spada. Po pierwszej godzinie miałem przejechane 33,9km, ale teraz już raczej tego nie utrzymam.

 

Od dobrych dwóch kilometrów nie daję rady rozpędzić się szybciej niż 27km/h, to o prawie 7km/h mniej niż średnia z pierwszej godziny jazdy. Sam już nie wiem czy jadę pod wiatr, czy pod górkę, czy jedno i drugie. Czuje jak kończy mi się energia, uda zaczynają palić, skóra na rękach zaczerwieniona od słońca, Suunto pokazuje już 32,6C, woda i soki w bidonach są na wykończeniu. 63km, na zegarku 2h 01 min jazdy… Najchętniej położył bym się na lemondce i usnął – zresztą mało do tego brakuje. Odliczam kilometry do nawrotu w Kostrzynie gdzie jest punkt z wodą – potrzebuje się schłodzić – inaczej nie dojadę nawet do Poznania. Jest źle…

Jedna butelka wody wystarczy mi do picia, ale nie wystarczy żeby się schłodzić – dwóch nie zdążę wziąć. Muszę się zatrzymać. Stracę minutę ale trudno – bez tego dalej nie pociągnę. Umieram z gorąca, zaraz usnę albo stracę przytomność. Nawrotka, hamulce i zatrzymuje się na poboczu obok dziewczyny, która wydaje butelki.

Pierwszą butelkę zaczynam wylewać na siebie, ale przez dozownik słabo leci, wolną ręką próbuje odkręcić bidon. Dalej jest jak w pit-stopie… sekundę później stoi już koło mnie drugi wolontariusz, odkręca bidon i wlewa do niego wodę. Kolejna sekunda i na moich plecach rozchlapują się dwa strumienie zimnej wody. Napełniony bidon ląduje w koszyku, dziewczyna podaje mi drugą butelkę, którą prawie w całości wypijam. Przez moje ciało przechodzi fala dreszczy, na rękach pojawia się gęsia skórka. Czuje jak wraca energia – jakby ktoś wymienił mi baterie na w pełni naładowane. Wdzięczność jaką czuje do tych ludzi jest nie do opisania.

Całość trwa niecałe 40sek. Dwie minuty później termometr w zegarku pokazuje już “tylko” 28,8C, a ja pędzę z prędkością nieco ponad 35km/h. Odżyłem. Sam postój i jego efekt (spadek temperatury) widać wyraźnie na wykresie poniżej (pomarańczowy to prędkość, biały to temperatura).

im70wykresrower

40 min później po raz kolejny mijam zjazd z pętli i słyszę Martynę, Krasusa i Magdę krzyczących z pobocza i machających transparentami “Ogień z PąpDupy!” i “Siła i Ogień”. Po raz kolejny dodają mi energii. Jeszcze tylko dwa razy minąć Śródkę, a dalej będzie z górki – dosłownie.

Już wiem, że zamknę się poniżej 3h na rowerze, co po dość szybkim pływaniu daje mi nieco ponad 4h do końca limitu czasowego. Przede mną półmaraton, w którym muszę trzymać nieco ponad 5,4km/h żeby się zmieścić w limicie – czas nie jest już problemem. Jedyne co stoi mi na drodze do ukończenia IronMana 70.3 to temperatura, która już nie raz krzyżowała mi biegowe plany i to dość mocno. Plan na półmaraton – nie zasłabnąć, nie odjechać z odwodnienia, nie stracić przytomności.

Bieg

O dziwo pierwsze metry po T2 idą mi całkiem nieźle – już po kilkudziesięciu metrach wpadamy w cień, pierwsza kurtyna wodna – idealnie. Szybko jednak temperatura rośnie bo większość trasy jest odsłonięta więc słońce może poszaleć. Pierwsze okrążenie idzie dość sprawnie – powoli, ale równomiernie przetruchtane 5,4km. Na drugim okrążeniu przychodzi kryzys. Temperatura jest nie do zniesienia, zaczynam na zmianę biec i iść szybkim krokiem. Szczęście w nieszczęściu, że wiem dokładnie jak mój organizm reaguje na wysoką temperaturę i odwodnienie – miałem okazję kilka razy to przetestować z utratą przytomności włącznie.

Przy każdej kurtynie kilka sekund w wodzie żeby się schłodzić, każdy punkt żywieniowy to 2 kubki wody wylewane a głowę, jeden w siebie, kawałek pomarańczy i jak tyko jest to gąbka z wodą, którą wkładam na kark pod koszulkę. Mimo tego wszystkiego po każdej takiej operacji jestem w stanie biec maksymalnie 700-800m, potem temperatura wygrywa i muszę zwolnić żeby nie zasłabnąć. Strasznie to wkurza bo wiem, że to aż nienaturalne – ale tego nie przeskoczę… i tak jest lepiej niż jeszcze 2-3 lata temu.

Na drugim okrążeniu wyprzedza mnie Jędrek. Odrobił około 12min straty z roweru i biegnie jak szalony. Nie wiem skąd on ma tyle energii i jak radzi sobie z upałem, ale sobie radzi i to jak… finalnie wyprzedzi mnie o 32min, a czas z biegania będzie miał w pierwszej setce(!). Co ten Jędrek to ja nie wiem…

Jędrek mnie wyprzedził, ale Marcin (kolega z pracy) jest jeszcze za mną – więc będę gdzieś po środku. Mniej więcej na trzecim okrążeniu odżywam. Druga połówka każdej pętli pełna jest ludzi – z dopingiem biegnie się łatwiej. Na samym końcu, zaraz po podbiegu stoi Martyna ze swoim transparentem dając energię przynajmniej na pół kolejnego okrążenia. Co jak co, ale przed nią nie chciałem iść tylko co najmniej szybko truchtać… Krasus co okrążenie w innym miejscu z innymi ludźmi (w końcu celebryta!) i z innymi artefaktami. Kończąc trzecie okrążenie wydzierał się waląc w garnek mocy! Co za doping!

DSC_0511

Czuje, że nadchodzi kolejny kryzys. Temperatura jest nie do zniesienia. Zaczynam myśleć o Biegnij Warszawo gdzie prawie straciłem przytomność przez odwodnienie. Na każdym punkcie wylewam na siebie tyle wody ile się da, przy każdej kurtynie zatrzymuję się na kilka sekund żeby się maksymalnie schłodzić. Byle do mety… powoli, do przodu. Do mety.

Wiem, że sześciu godzin nie złamie, ale nie będzie dużo więcej. Staram się myśleć o wszystkim tylko nie o zmęczeniu. Wypatruje kolejnych punktów żywieniowych nie myśląc w ogóle o dalszej części trasy. Nie pamiętam już na którym okrążeniu mijam rodzinę Wybieganych “Nie ma chodzenia!”. Kuźwa przecież ja już nie mogę…

Jeszcze 3km. Biegnę do punktu żywieniowego i wlewam w siebie kolejne kubki wody, kilka kolejnych wylewam na siebie. Mam jeszcze jedną kurtynę wodną przed sobą i dalej niecały kilometr do mety. Schłodzę się i pełną parą ile sił zostało do mety. Upał jest nie do zniesienia.

Na ostatniej prostej wśród tłumu krzyczących ludzi wyprzedzam jeszcze 4 osoby i zaczynam biec po dywanie. Chce mi się spać, uda pieką, słonce grzeje, mam dosyć. Widzę już bramę i zegar, który pokazuje 6h 16min… zostało kilkadziesiąt metrów… widzę linie mety, dwie dziewczyny trzymające taśmę i kolejną czekającą już z medalem. Ostatnie kroki, zrywam taśma, koniec.

Skończyłem. Skończyłem 1/2 IronMana… wzrokiem szukam wśród publiczności Martyny – stoi po drugiej stronie barierki i szczerze się uśmiecha. Uwielbiam ją. Czuje jak schodzą ze mnie emocje, zbiera mi się na łzy… uczucia gorąca, zmęczenia i pragnienie walczą ze sobą o dominację. Cholera, skończyłem to!

DSC_0571

Siedem miesięcy przygotowań. Kilka tysięcy przebiegniętych i przejechanych na rowerze kilometrów. Kilkadziesiąt kilometrów przepłynięte. Da się. Da się przygotować i skończyć 1/2 IronMana nie umiejąc poprawnie pływać kraulem, trenując całą zimę na najtańszym rowerku treningowym i finalnie startując na rowerze z Decathlonu kupionym dzień wcześniej. Nie ma rzeczy niemożliwych!

DSC_0551

W przyszłym roku pęknie cały!

1 Comment

  1. Zgadzam się z przedmówcą w 100%.

    u230326 – Fajna rzecz:

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *