Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Jan 8, 2017 in Biegi, Biegi Na Orientację | 0 comments

Ełcka Zmarzlina

Ełcka Zmarzlina

Termometr pokazuje -17C, odczuwalna pewnie lekko poniżej -20C ale na dobrą sprawę w czasie biegu to nie przeszkadza. Przebieżność trasy w miarę sensowna. Śniegu kilka, miejscami kilkanaście centymetrów – spokojnie da radę trzymać tempo 5:15-5:45 na przelotach i zwalniać tylko od czasu do czasu w trudniejszych miejscach. Co prawda pewien problem stanowi ciągle zamarzająca rurka z wodą, ale chwilowo jest ok. Do czasu…

Skłamałbym pisząc, że się tego startu nie obawiałem. Z jednej strony zdarzało mi się już bywać w górach i drałować kilka godzin w śniegu po kolana nawet przy dużo niższych temperaturach, biegałem (czy raczej marszobiegłem) kilka zimowych PMNO w temperaturach poniżej zera, nawet jeden półmaraton Warszawski przy -8C. Ale w głowie miałem też nieukończonego ZUKa, który odbywał się w podobnych warunkach dwa lata temu i którego też postanowiłem polecieć mimo przeziębienia. A jak widać historia lubi się powtarzać (albo jak kto woli – niektórzy nigdy się nie uczą).

Stare Juchy (Ełcka to obok Hapragana – PMNO z najciekawszymi nazwami miejscowości startowych ;) )

Początkowo wszystko było ok. Biegliśmy w grupie z Marcinem Sontowskim (1 miejsce), Piotrem Kwitowskim, Staszkiem Kaczmakriem (2 miejsce), Piotrem Gębarowskim (3 miejsce) i Michałem Bałchanowskim przez około 20km – mijając się co chwila i zbliżając lub oddalając od siebie w zależności od wariantu. Co prawda miałem problem z bukłakiem bo rurka z wodą zamarzała nawet schowana w całości pod kurtkę (otuliny oczywiście nie miałem… bo po co…) ale w tych warunkach woda nie była aż tak potrzebna ;)

Przy okazji zamieszania na punkcie trzecim i schowałem cały plecak pod kurtkę, rurkę jeszcze jedną warstwę głębiej dzięki czemu już po 40min mogłem pić lodową breję z trudem wysysaną z bukłaka. Niestety od tej pory za każdym razem kiedy potrzebowałem się napić albo sięgnąć po żele (które mocno zgęstniały) lub batony (na których można było sobie połamać zęby) musiałem rozpinać kurtkę (która przez plecak przestała przylegać do ciała i zaczęło mnie lekko od dołu podwiewać). Żyć nie umierać ;)

Po torach i na azymut

Nawigacja na Ełckiej nigdy nie jest zbyt wymagająca choć zdarzają się perełki więc pierwsze 7 punktów zrobiliśmy w biegu i bez większych komplikacji. W zasadzie tylko jeden był dalej niż 800m od linii kolejowej – na brzegu cypla nad jeziorem. Do 7 punktu z kolei prowadziła długa prosta, która urywała się zaledwie 300m przed nim. Czyli standard jak na Ełckie warunki.

Ale po punkcie siódmym zaczęło się prawdziwe PMNO czyli cięcie po prostej przez pagórkowaty, ośnieżony las. Przeczołgaliśmy się przez niecałe 3km w około 28min podbiegając tylko miejscami i to mi wystarczyło, żeby się do końca wychłodzić. Palce zesztywniały, z nosa leciało mi więcej niż z rurki bukłaka, a w głowie dla odmiany zaczęło się robić gorąco. Próbowałem jeszcze przez jakiś czas utrzymać tempo Kwita, ale coraz słabiej to wyglądało – zaczęło mną telepać, a im bardziej zwalniałem tym mocniej mnie wychładzało. Takie zabawne sprzężenie zwrotne.

Rozsądek (?) wygrał czyli lepiej późno niż wcale

W połowie drogi do punktu dziewiątego – gdzieś w okolicach 30km uznałem, że nie ma szans utrzymać tempa biegowego przez kolejne 20km. Nawet nie ze względu na temperaturę i zmęczenie – mapa nie dawała nadziei na łatwe i przebieżne szlaki. Jak się później okazało całkiem słusznie założyłem, że dalej czeka nas głównie azymutowanie i cięcie przez las, zaspy i krzaki – szczególnie,że ostatnie 15km to odcinek specjalny na mapie 1:10tys. Tam prawie zawsze leci się na azymut po prostej.

I pewnie gdyby nie przeziębienie to bym coś jeszcze próbował (prawdopodobnie z kiepskim skutkiem) i skończyłoby się czymś więcej niż tylko stanem podgorączkowym i wyjętymi dwoma dniami z życia. Szczególnie, że szansa ukończenia biegu przed zmrokiem spadła niemal do zera. Ale kiedy po raz 5’ty telepiąc się z zimna wklepywałem kod odblokowujący telefon nie mogąc przemarzniętymi palcami trafić w cyferki uznałem, że to dobra decyzja. 30min później byłem już w samochodzie w drodze do Ełku.

Ale EZ to nie tylko bieg (i kilka cennych lekcji… ) – to też impreza wieczorna, rozdanie nagród (niesamowicie miłe jest widzieć na liście zwycięzców przyjaciół – Ania i Kasia znów pozamiatały) i możliwość spokojnego pogadania z ludźmi, których widuje się zazwyczaj kilka razy w roku, na krótko w różnych dziwnych miejscach. W krzakach gdzieś w Górach Izerskich, w Lesie na Pomorzu, na bagnach w dolinie Sanu czy brodzących w błocie gdzieś na Mazurach. Ot – specyficzni znajomi.

W przyszłym roku się policzymy. Chyba, że będzie -30 ;)

PS. Na koniec muszę podziękować i pogratulować – Magdzie, która uratowała mi tyłek przed odmrożeniem i zwiozła mnie z trasy i Komarowi, któremu udało się Ełcką ukończyć. I jeszcze obojgu jednocześnie podziękować za transport i nocleg :)

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *