Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Blog

STUdnia – biegowa gra miejska (Pudło!)

Posted by on Dec 6, 2014 in Biegi, Biegi Uliczne | 2 comments

STUdnia – biegowa gra miejska (Pudło!)

Teoretycznie impreza rodzinna, teoretycznie bez “sportowej rywalizacji” – czysta przyjemność. W praktyce, wbrew temu czego się obawialiśmy (my tzn Marcin Kargol i Przemek Rosa) na starcie w sobotę rano nie pojawiły się rodziny z dziećmi tylko całkiem niezła ekipa chcąca się ścigać. Najwyraźniej nasz niecny plan wpadnięcia na pudło nie był tak wyjątkowy jak nam się wcześniej wydawało. STUdnia to biegowa gra miejska – czyli coś będącego połączeniem miejskiego biegu na orientację z elementami “układanki” i różnej maści gier i konkursów wiedzy – w całości związanych z historią warszawskiej połówki (jeśli ktoś się jeszcze nie domyślił gra miała miejsce dokładnie na 100 dni przed 10 PZU Półmaratonem Warszawskim). Cała zabawa polega na tym, żeby dobiec do punktu zaznaczonego na mapie i albo wykonać proste zadanie, albo odpowiedzieć na pytanie (nie zawsze proste). 19 drużyn, interwałowy start co 3 minuty i teoretycznie 11km trasa. W porównaniu z PMNO tu nawigacji prawie w ogóle nie było – na dobrą sprawę ograniczaliśmy się do wyboru trasy pod względem ewentualnych trudności z przejściem na drugą stronę ulicy (czytaj: bieganie na czerwonym i cięcie nawet trzypasmówek “na azymut” było normą – jak się później okazało – nie tylko w naszej drużynie). Od początku na przelotach trzymaliśmy średnio 4:15-4:20, mniej więcej w połowie trochę nam tempo spadło na przeszkodach (schody na most, podbieg pod ul.Książęcą, samochody, radiowozy utrudniające przebieganie przez ulice etc). Puzzle, Królik i Kalkulator Po drodze zadania i zagadki. Gonienie królika (miał być chyba zając, ale braliśmy co było), słoiki z puzzlami, które trzeba było ułożyć i odpowiedzieć na pytanie co przedstawiają (nie ułożyliśmy, słoik wybrał i odgadł zagadkę – patrząc na niezłożone puzzle – słoik Marcin), pytania o czasy najlepszych Kobiet, najlepszych Kenijczyków, wyjątkowe sytuacje z historii półmaratonu (np “kiedy elita startowała z innego miejsca niż amatorzy”), imprezy towarzyszące etc. Najzabawniejsze było chyba układanie liter i robienie sobie zdjęcia ;) Każda drużyna losowała z worka literę, którą trzeba było potem ułożyć wykorzystując członków drużyny. “No to wylosujemy I” powiedziałem i wyciągnąłem kartkę z literką I. Na szczęście obyło się bez niezręczności mimo że pierwsza wersja litery miała być w 3D ;) Na koniec trzeba było wyjąć kalkulator i policzyć ile w sumie osób wystartowało we wszystkich edycjach półmaratonu (ponad 40tys). Obstawialiśmy między 30-80 tys, ale trzeba było podać dokładniej więc musieliśmy odczytać z kartek, zawieszonych na pobliskim drzewie poszczególne cyferki i je zsumować. Podaliśmy wynik, dostaliśmy ostatnią naklejkę i ruszyliśmy w kierunku mety – dosłownie. Praktycznie cały Ogród Saski cięliśmy w linii prostej ;) Finish! Wpadamy na Krakowskie Przedmieście i z daleka widzimy, że na mecie jeszcze nikogo nie ma! Co prawda przed nami wystartowały tylko trzy drużyny, reszta nieco później, ale to i tak nieźle wróży (na pewno wyprzedziliśmy te trzy z pierwszego rzutu! ;) ). Dobiegliśmy, sędzia spisał nasz czas i podał nam godzinę wyruszenia na trasę ostatniego zespołu. Szybka kalkulacja i wyszło nam, że za 11 minut (jeśli nikt nie przybiegnie) to mamy I miejsce. Niestety kilka minut później pojawił się drugi zespół, który finalnie pokonał nas o 70 sekund…  na szczęście kolejna drużyna przybiegła w sumie z czasem o minutę gorszym od nas i tak zostaliśmy na II miejscu – na pudle ;) Niewielkie imprezy (niecałe 60 osób) mają to do siebie, że zazwyczaj pojawiają się na nich bardzo fajni ludzie, a jeśli jeszcze wszystko jest w miarę sensownie zorganizowane i są...

read more

Harpagan 48 czyli o walce do końca

Posted by on Oct 19, 2014 in Biegi, Biegi Na Orientację | 0 comments

Harpagan 48 czyli o walce do końca

Biegi na Orientację to chyba najbardziej kształtująca charakter odmiana biegów ekstremalnych. Tu nie zawsze liczy się sama prędkość i kondycja. Tu cholernie ważna jest nawigacja i orientacja w terenie, a ponieważ możliwych do wyboru dróg jest nieskończona ilość – praktycznie nigdy tak naprawdę nie wiesz na jakiej jesteś aktualnie pozycji. Ma to swoje bardzo ciekawe konsekwencje, ale najważniejsza z nich uczy walczyć do samego końca. Nabiegałem w sumie ponad 60km w 8h 16min. Trasa optymalna powinna być zbliżona do 50km wiec wyszło sporo ponad normę. Czas też nie najlepszy, ale i tak finalnie wyszło nieco lepiej niż się spodziewaliśmy po pierwszej godzinie biegu. Na Harpaganie już kilka razy ocierałem się o TOP10 więc i tym razem założenie było “dostać się do pierwszej dziesiątki”. Na starcie ponad 200 osób więc jest z kim walczyć. Założenie jest proste – ciśniemy z Marcinem ile się da. Są endorfiny, jest energia, jest moc. Damy radę! I to wszystko wali się w gruzy już po pierwszej godzinie. 50min na zegarku, ponad 5km nabiegane, a my we czterech (z Pawłem i Bartkiem ze Słomianych Bambusów) szukamy pierwszego punktu, który według mapy jest na 2’gim kilometrze. Motywacja spada z minuty na minutę, jeszcze chwila i będziemy nią orać grunt pod nogami. Wkurwienie miesza się z załamaniem, złość nie wiadomo na co i na kogo. Podium? Pierwsza dziesiątka? Jeśli skończymy w pierwszej trzydziestce to będzie gigantyczne osiągnięcie. Człowiek ma wtedy ochotę rzucić mapę w cholerę i wrócić do bazy… W końcu udaje nam się wpaść na odpowiednią drogę – jeszcze tylko prosta i będzie pierwszy punkt, dalej może pójdzie łatwiej. W tym momencie kilkadziesiąt metrów za nami pojawia się chyba 20 osobowa grupa piechurów. I to nie jakiś zwykłych piechurów! To grupa ludzi, która wybrała się na zupełnie spokojny spacer, w spodniach moro, ciężkich butach i z gigantycznymi plecakami. Są o niecałą minutę za nami – “gigantami”, którzy jeszcze godzinę temu rozmawiali o podium…  zerkamy na listę numerów u sędziego stojącego przy punkcie… 3 kartki A4, całe zapisane. Na oko jesteśmy gdzieś na 70 miejscu…   jak się potem okazało pomyliliśmy się tylko o 100 miejsc. Pierwszy punkt podbijamy na miejscach 173-176…   Ok, najważniejsze to się nie poddać i ugrać chociaż TOP30. PK2 wygląda na łatwy do odnalezienia. Biegniemy poboczem co chwila mijając 15-20 osobowe grupy piechurów. Trochę to śmiesznie wygląda… ktoś nawet się zaśmiał “o, Ci to już nas mijali, he he”…   (“a żeby Cie tak…!”). Na szczęście drugi punkt był w miarę łatwy do znalezienia, przeskoczyliśmy kilkadziesiąt osób! Jak się potem okazało…  130 osób. Podbijamy PK2 na 45 miejscu. Nadzieja odżywa, humory dopisują (w końcu nic do stracenia nie mamy to żartujemy sobie z naszej “zajebistości”). Ustalamy całkiem sensową regułę – jeden nawiguje, reszta sprawdza. Bez wtrącania się i wymyślania alternatyw bo to najkrótsza droga do stracenia cennych minut. Na PK3 po raz pierwszy słyszymy konkretne informacje od sędziego. 24 miejsce! (chwilę wcześniej mijaliśmy Kasię Karpę i Joannę Owczarz). Adrenalina buzuje, moja kolej na nawigację – ciśniemy może nie najkrótszą (dłuższą o 100-150m od “oczywistej) ale najłatwiejszą nawigacyjnie drogą co się potem okazało najsłuszniejszym rozwiązaniem. Odcinek PK3-PK4 zrobiliśmy w praktycznie najkrótszym czasie ze wszystkich wyprzedzając 14 osób! PK 10 miejsce! Niecałe 20km wystarczyło nam na przeskoczenie 160 osób. Dalej było już klasycznie, raz lepiej raz gorzej. Cisnęliśmy ile się da, żeby nie stracić pozycji i tak też...

read more

ENEA Poznań Triathlon – Połówka IM

Posted by on Aug 3, 2014 in Triathlon | 1 comment

ENEA Poznań Triathlon – Połówka IM

“…Od dobrych dwóch kilometrów nie daję rady rozpędzić się szybciej niż 27km/h, to o prawie 6km/h mniej niż średnia z pierwszej godziny jazdy. Sam już nie wiem czy jadę pod wiatr, czy pod górkę. Czuje jak kończy mi się energia, uda zaczynają palić, skóra na rękach zaczerwieniona od słońca, Suunto pokazuje już 32,6C, woda i soki w bidonach są na wykończeniu. 63km, na zegarku 2h 01 min jazdy… Najchętniej położył bym się na lemondce i usnął – zresztą mało do tego brakuje. Odliczam kilometry do nawrotu w Kostrzynie gdzie jest punkt z wodą – potrzebuje się schłodzić – inaczej nie dojadę nawet do Poznania…” Triathlon to dość specyficzny sport. W trakcie całego wyścigu zmieniają się nie tylko dyscypliny, poziom zużywanej energii, temperatura czy zmęczenie. Zmienia się prawie wszystko dookoła. Bardzo trafnie spostrzegła to Martyna – zaczyna się od walki i agresji, przechodzi przez zdrową rywalizację żeby zakończyć się na pełnym wzajemnym wsparciu i wręcz grze drużynowej. Całość odwraca się niemal o 180 stopni w ciągu kilku godzin. Kilka chwil po starcie wpadasz w tzw “pralkę”. Centymetry od Ciebie o wodę uderzają dłonie i nogi innych zawodników, co chwila ktoś na Ciebie wpada, czasami Cię uderzy, czasami Ty uderzysz kogoś. Przy nawrocie trzeba się pilnować, żeby Cie nie przytopili. Bardzo łatwo się zachłysnąć czy opić wodą. Tu każdy jest sam, nikt Ci nie pomoże, kibice to odległe punkty na brzegu, których i tak nie słychać. Tego ile już płyniesz nie wiesz bo nie sposób spojrzeć na zegarek. Starasz się trzymać rytm, prawidłowo oddychać, płynąć w miarę prosto i nie oberwać od nikogo przepływającego obok. I tak przez około 35-40min. Drugi etap jest spokojniejszy. Na pomoc innych nadal nie ma co liczyć – w końcu to zawody sportowe, ale zaczynają się krótkie rozmowy z innymi zawodnikami, czasami żarty czy komentarze nt trasy czy “czołówki”. Ważną rolę zaczynają też odgrywać kibice, którzy rozstawieni w kilku-kilkunastu strategicznych miejscach wzdłuż trasy zaczynają Cie dopingować. Nadal trwa walka, ale brak już agresji. Wszystko zmienia się w czasie biegu. Szczególnie w środku stawki. Owszem – nadal wszystkim zależy na jak najlepszym wyniku, ale upał robi swoje i wielu zawodników zaczyna się wzajemnie wspierać żeby przetrwać do końca. To etap, który jest zupełnym przeciwieństwem pływania. Tu uczestnicy motywują się wzajemnie. Co chwila ktoś komuś podaje wodę, przekazuje dalej worki z lodem, podaje żele etc. Do tego kibice obecni prawie na każdym kroku i dużo bliżej niż podczas pozostałych etapów. Wszystko to sprawia, że czujesz się zupełnie inaczej niż chwilę po starcie. Przed startem Dawno przed żadnymi zawodami tak się nie stresowałem. Nie bałem się czasu wyścigu bo wielokrotnie zdarzało mi się uczestniczyć w 10 czy 12 godzinnych biegach. Bałem się połączenia wszystkich trzech dyscyplin, limitów czasowych i przede wszystkim – upału. Z wysoką temperaturą zwyczajnie sobie nie radzę o czym miałem okazje przekonać się kilkukrotnie nie tylko podczas biegów. Plus jest taki, że wiem jak mój organizm reaguje na odwodnienie i kiedy dochodzę do granicy po której tracę przytomność. Mimo wszystko to czego się najbardziej boję to półmaraton, w pełnym słońcu przy ponad 30 stopniach Celsjusza. Pewien problem może również stanowić rower, który kupiłem w Decathlonie dzień przed startem i zdążyłem przejechać na nim zaledwie 7km… będzie jak ma być – byle by tylko gumy nie złapać bo na wymianie dętki spędzę pewnie z 30min. Teoretycznie zagrożeniem...

read more

Kierat 2012

Posted by on Jun 2, 2012 in Biegi, Biegi Górskie, Biegi Na Orientację, Ultra | 0 comments

Kierat 2012

Nie udało się. Nawet więcej – poszło fatalnie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że na dobra sprawę na własne życzenie. Nie zadziałało dokładnie to, czego się spodziewałem. Zlekcewarzyłem kontuzje, nie przygotowałem sie należycie do startu i zignorowałem sygnały organizmu, który mówił “zwolnij”. Efekt jest taki, ze nie dotarłem do mety. Nie dotarłem nawet do trzeciego punktu na 28 kilometrze. Dotrałem do bazy po trzech godzinach od startu – samochodem GOPRu. Miesiac temu na Harpaganie, kończąc bieg w rekordowym czasie, nadszarpnąłem dość mocno staw skokowy i kolanowy. Szybko jednak mi przeszło (przynajmniek tak mi się wydawało). DyMnO, które miało być lekkim treningiem przed Kieratem treningiem, przez głupie ambicje, oczywiście nie było i zamiast przetruchtać całe biegłem ile sił w nogach. W rezultacie po treningu podbiegania na Agrykoli, na 5 dni przed wczorajszym startem, do samochodu ledwo doszedłem. Po 5km biegu… Ale przecież zostało tyle czasu – przejdzie mi! Pewności siebie dodał mi czwartkowy Nightskating w Warszawie. Troche kilometrów na rolkach i nic – zero bólu, żadnych dolegliwości – jestem wyleczony! I byłem – przez pierwsze 10-12km. Zaraz za pierwszym punktem, po dość długim i stromym zbiegu, kolano delikatnie (jakby ktoś wbił mi gorący pręt w sam jego środek) zasygnalizowało, że wysiada. Bieg zmienił się w podbieganie i pierwsza dwudziestka, w której byłem zmieniła się w trzydziestkę. Do kolana, na 300metrowym podejściu na punkt drugi, dołączyła reszta nogi – kontuzjowane wczesniej “okolice piszczeli” (nie wiem co tam siada, ale uczucie jest takie jakby ktoś chciał na siłę rozdzielić obie kości). Podbiłem punkt, usiadłem na belkach ułożonych obok i poczułem ogromną ulgę. To nie był jakiś ogromny ból, ale był narastający. Siedziałem tak z mapą patrząc na trasę i na kolejne grupy ludzi dobiegające do sędziego. Nadal byłem w pierwszej czterdziestce, za mną było z 450 osób. Miałem zrobione 20km i 850 (z 3500) metrów podejścia. W 2h 20min. Siedzę tak i biję się z myślami. Po 10min przestałem już myśleć o skończeniu całości tylko o przebiegnięciu jak najdalej. Ale kiedy podniosłem sie na nogi kolano dało o sobie znać po raz kolejny – ze zwiększoną siłą. W tedy podszedł do mnie jeden z GOPRowców i spytał na co mi ten jeden dodatkowy punkt? I chyba miał rację. Do trzego może bym doszedł, ale co z kolejnymi 70km? A może to chwilowy kryzys, może się rozchodzi i przejdzie? Obejrzałem jeszcze raz mapę, spojrzałem na tracka gpsowego. Siedziałem tak jescze 10-15mimut. Założyłem astabilizator na kolano, łyknąłem dwa ibupromy i podszedłem do sędziego mówiac...

read more

Harpagan 43

Posted by on Apr 27, 2012 in Biegi, Biegi Na Orientację | 0 comments

Harpagan 43

Harpagan to jedna z tych imprez o których słyszeli nawet Ci, którzy w piesze maratony na orientację się nie bawią na co dzień i jak się okazuje ma to swoje przełożenie na frekwencję. W tym roku zapisało się ponad 1100 zawodników, z czego na naszej trasie – pieszej 50’tce wystartowało aż 213 osób. Nauczeni doświadczeniem poprzednich zawodów (szczególnie wyników na Róży Wiatrów) ostrożnie założyliśmy z Jędrkiem swoje cele – pierwsza 50’tka – dobrze, pierwsza 30’tka – bardzo dobrze. Obawialiśmy się tego, że przy ponad 200 zawodnikach na odcinku około 50km i obowiązkowej kolejności odnajdywania punktów będzie taki tłok, że o nawigacji nie będzie mowy. Wówczas głos zabiorą “maratończycy” którzy wypchną wszystkich nawigatorów z nieco mniejszą kondycją z pierwszej 30’tki. Przed startem spotykam całą “paczkę”. Jędrek przyjechał z Poznaniakami, jest Marcin Krasoń, pojawił się nawet Bernard który mimo kontuzji kolana postanowił chociaż przejść całą trasę (co mu się udało!). Jednym słowem – jest dobrze. Krótkie przygotowania, mapy i start. Początek biegniemy w trójkę z Jędrkiem i Marcinem, ale dość szybko się od nich odłączam. Założenie jest takie że mniej więcej przy 3-4 punkcie Marcin mnie dogoni i będzie mnie miał kto motywować do dalszego biegu – inaczej odpłynę i resztę trasy przejdę. Pierwszy punkt <pit pit> elektronika zarejestrowała – biegnę dalej. Trzymam się człowieka w czerwonej czapce – trzyma odpowiadające mi tempo więc jest dobrze. Zaraz po pierwszym punkcie uderzamy na azymut za czteroosobową grupą, która najwyraźniej wie gdzie biegnie. Po chwili przed nami słychać chlupot wody – ktoś przebiegł po potoku (woda po uda) – uderzamy za nim. Kilkaset metrów dalej kanał – przejścia brak. Tzn jest, ale 300m na zachód – szkoda czasu. 3m do przodu, woda do pasa – pierwsza przeprawa przez wodę zaliczona. Przy drugim punkcie się rozdzielamy i zostaję już tylko z człowiekiem w czerwonej czapce, którym okazuje się być Marek Grzesiecki – człowiek, dzięki któremu skończyłem Harpagana z wynikiem powyżej moich oczekiwań. Nawigacja idzie sprawnie, w zasadzie nie ma dyskusji – szybkie decyzje, ewentualne korekty wprowadzamy na bieżąco bez zbędnych dyskusji. No i tempo – wykańczające – już przed czwartym punktem zaczynam Markowi marudzić, żeby mnie zostawił i pociągnął do przodu bo ja wymiękam. Kryzys przychodzi w drodze do piątek punktu gdzie pierwszy raz się rozłączamy, żeby spotkać się ponownie przy samym punkcie. Na punktach sędziowie – spisują numery. Listy mają wypełnione po brzegi więc nie wiadomo ile osób jest przed nami, ale jeśli widzę 80-100 numerów zakładam, że jest szansa na pierwszą 30’tkę (listy obejmowały wszystkie trasy). Marcin wyznacza trasę do pkt 6 i znów się rozdzielamy, żeby po kilkuset metrach spotkać się tuż przed rzeką. Nie ma mostu. Najbliższy – kolejowy prawie 2km od nas. Za dużo – po kilku chwilach jesteśmy po raz trzeci tego dnia w wodzie po pas. Dobijamy do punktu 6, prosta trasa na ptk 7. Ciągle biegnąć – przestałem już marudzić bo to nie miało sensu, Marek na to nie zwracał uwagi i motywował do biegu. Mimo wszystko rozdzielamy się po raz ostatni we wsi przed pkt 7. Mój staw skokowy daje się we znaki i nie pozwala mi utrzymać szybkiego tempa. Wymówką jest dobry czas – został ostatni punkt i baza – około 10km a dopiero 4,5h biegu – jest dobrze. Nawet bardzo dobrze. Już nie liczy się ostateczne miejsce, liczy się wynik – życiówka jest na wyciągnięcie...

read more

Włóczykij Trip Extreme 2012

Posted by on Mar 8, 2012 in Biegi, Biegi Na Orientację | 0 comments

Włóczykij Trip Extreme 2012

Włóczykij był dla nas pierwszym prawdziwie drużynowym startem. Nie było już osobnych kart do podbijania, nie było szansy na solowy występ na finiszu. Dostaliśmy z Jędrkiem jedną kartę z informacją, że albo wrócimy równocześnie, albo ten który zostanie z tyłu (bez karty) będzie zdyskwalifikowany. Postanowiliśmy też, po raz pierwszy, nie tylko ukończyć rajd w przepisowym czasie zbierając wszystkie punkty, ale również powalczyć o jakieś lepsze miejsce. Przy startujących 134 zespołach i prawie 170 osobach celem było znaleźć się w pierwszej 50’tce co oznaczałoby przebicie praktycznie wszystkich “chodzących” i część “podbiegającej” ekipy. Liczba zgłoszonych zawodników do trasy 50km przekroczyła chyba oczekiwania organizatorów bo na samym początku można było odczuć lekki chaos organizacyjny. W ostatniej chwili zrezygnowano też z wypuszczania pojedynczych zawodników i drużyn co 2min – przy takiej strategii sam start zająłby ponad cztery godziny. Zostaliśmy więc podzieleni na trzy grupy po mniej więcej 50-60 osób i autobusami przewiezieni do znajdującej się około 40km od Gryfina miejscowości Nawodna. Nawodna chwilowo zwiększyła zagęszczenie osób na metr kwadratowy o jakieś 30% z czego głównym skupiskiem nadmiaru ludności była wyłożona czarną folią sala gimnastyczna pobliskiej szkoły. Okazało się również, że poza – jak zwykle – zawartością plecaka (która z rajdu na rajd staje się coraz mniej uciążliwa) problemem są same mapy z dość słabo oznaczonymi punktami. Kilka razy sprawdziliśmy wszystkie miejsca docelowe zaznaczając je dodatkowo na mapie i odznaczając na liście z opisami punktów, żeby na pewno żadnego nie przeoczyć. Po naszej myśli było przydzielenie nas do trzeciej, ostatniej startującej grupy. Uznaliśmy, że dużo łatwiej pójdzie nam zarówno z motywacją (wyrównanie na trasie do kogoś z pierwszej grupy automatycznie daje nam nad nim 20min przewagi ze względu na późniejszy start) jak i z szukaniem punktów przynajmniej na początku kiedy I i II grupa zaczną się rozciągać i skupiać wokół odnalezionych “lampionów”. Pierwszy punkt był w zasadzie formalnością mimo, że kilkadziesiąt metrów przed nim, zupełnie niepotrzebnie zatrzymaliśmy się przy grupce ludzi szukających drogi i sami zaczęliśmy zerkać na mapę. Coś w tym jest, że na początku zanim wpadnie się w trans nawigacyjny instynkt stadny działa nieco silniej od przekonania o słuszności wybranej trasy. Do drugiego punktu postanowiliśmy biec na azymut – prosto skrajem lasu, przez małe bagno i nie zawsze aktualne leśne ścieżki. Ponieważ mapy były dość nieaktualne w wielu miejscach – pustych na mapie – zdążył się pojawić młodnik, ale na tyle odróżniał się on od “starego” lasu, że nawet w nocy nie utrudniał zbytnio nawigacji. Przy kolejnych dwóch punktach zaczął robić się tłok więc kilkadziesiąt metrów przed każdym z nich przyśpieszaliśmy nieco wyprzedzając jak największą liczbę osób chcąc tym samym zaoszczędzić sobie czasu i czekania w kolejce do perforatorów (które z początku dość ciekawe – zamiast zwyczajnie “brajlować” kartę tworzyły na nich oryginalne symbole – stały się problematyczne pod koniec kiedy nie chciały już działać). Problem pojawił się dopiero po truchcie pod linią energetyczną kiedy przebiegliśmy przez młodnik i minęliśmy o 2 może 3 metry punkt i wbiegliśmy na górkę. Straciliśmy co prawda zaledwie 10-15min, ale przy okazji zgubiłem swoją apteczkę gdzie miałem opaski uciskowe (przygotowane na problemy ze stawem skokowym, które pojawiły mi się na Ełckiej Zmarzlinie), cukierki z kofeiną, które już nie raz ratowały mnie pod koniec biegu i praktycznie wszystkie plastry. Przy punkcie dogoniła nas cała duża grupa, od której udało nam się uciec, a gdyby tego było mało dodatkowo zgubiłem swoją mapę. Mapę...

read more