Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Blog

[Film] Ze wszystkich sił

Posted by on Apr 9, 2015 in Biegi, Filmy, Motywacja, Triathlon | 3 comments

[Film] Ze wszystkich sił

Uwaga: poniższy tekst zawiera spojlery (ujawnia niektóre elementy fabuły etc). Drobne ostrzeżenie na początek mimo, że scenariusz filmu jest tak liniowy i przewidywalny, że już po obejrzeniu samego zwiastuna na dobrą sprawę można w łatwy sposób przewidzieć każdy kolejny element fabuły. Zresztą można było się tego domyślić już po trailerze i to niestety jest minus produkcji. Z drugiej strony mamy genialne sceny z zawodów IronMan w Nicei i wiele momentów z niepowtarzalnym triathlonowym klimatem (a do tego muzyka!). Muzyka z filmu Muzyka z trailera Już w trakcie pierwszej sceny przypomina się cały poprzedni sezon startowy, a w głowie pojawia się myśl jeszcze tylko 8 tygodni i pierwsze zawody! Plaża w Nicei pełna zawodników w piankach. Krzyki kibiców, rytmiczne klaskanie triathlonistow i nagle cisza. Czekasz na początkowy strzał… ale historia zaczyna się rok wcześniej. Film trwa 89 min i jest mniej więcej równo podzielony na trzy części. Dwie ostatnie to przygotowania do startu i same zawody. Pierwsza to historia francuskiej rodziny – niepełnosprawny ruchowo syn, ojciec który traci pracę i odwraca się jeszcze bardziej od rodziny (w sumie nigdy nie poświęcał synowi zbyt byt wiele czasu) i “matka polka” gdzieś pomiędzy nimi. Wszystko się zmienia kiedy syn odkrywa dawną karierę sportową ojca. Znajduje między innymi zdjęcia z zawodów IronMan – a szukając w internecie informacji na temat triathlonu trafia na artykuł o Team Hoyt. Jeśli ktoś ich jeszcze nie zna warto poświęcić niecałe 10min na poniższy film albo od razu przewinąć do 7:10 i zobaczyć ich pierwszego IMa. Dalej mamy trwające 8 miesięcy przygotowania, budowę specjalnego roweru i treningi podjazdów (pierwsze 70km IM w Nicei to walka z górami) trening pływackie i prawie w ogóle nie ujęte treningi biegowe Bieganie przewija się w zasadzie tylko na początku, ale głównie jako samotna pasja ojca. Ciekawie została tu pokazana rola samego chłopaka, który wydawać by się mogło jest tylko biernym uczestnikiem zawodów, a w rzeczywistości ma dość trudne zadanie np pomagania w utrzymaniu równowagi w czasie jazdy na nietypowym rowerze. Wracamy do pierwszej sceny z filmu. Start zawodów – wiwatujący tłum, przygotowujący się zawodnicy (aż chce się tam być!) i cisza tuż przed strzałem. To co się dzieje tuż po starcie zapiera dech do tego stopnia, że nawet ludzie w kinie po cichu komentowali to swoistym wow, nieźle, zajebiste. Widok wskazującego do wody tłumu i początkowa pralka naprawdę robi wrażenie. I potem następuje coś co jest ogromnym plusem filmu. Nie ma muzyki. Nie ma szybkich scen rodem z amerykańskich filmów wojennych. Jest to co tak naprawdę dzieje się na takich zawodach przez większość czasu – nasi bohaterowie są sami. W prawie zupełnej ciszy tylko sporadycznie przerywanej przez kibiców rozstawionych w miasteczkach na trasie kolarskiej. Jeden z najtrudniejszych podjazdów kończy się zwyczajna radością i uczuciem ulgi, a nie fanfarami i patetyczna muzyka. Dalej na trasie widać umierających ze zmęczenia ludzi. Zawodników niezgrabnie człapiących do mety i momenty zwątpienia dopadające również naszych bohaterów. I na koniec to co najwspanialsze – meta. Wiwatujący tłum, okrzyki i radość zawodników. Ulga. Nie byłbym jednak sobą gdybym nie zwrócił uwagi na kilka istotnych moim zdaniem elementów. Po pierwsze – trochę za mało pokazano wysiłek związany z przygotowaniami do zawodów. Zabrakło elementu wielu godzin treningów, które dość mocno wypełniają i usztywniają plan dnia (momentami miałem wrażenie, że przygotowania naszych bohaterów odbywają się dość spontanicznie). Zabrakło trochę samego wysiłku podczas samych zawodów – może się czepiam, ale...

read more

Jesteśmy coraz szybsi ;)

Posted by on Mar 31, 2015 in Biegi | 0 comments

Jesteśmy coraz szybsi ;)

Przed 10 PZU Półmaratonem Warszawskim przeglądałem dość skrupulatnie wyniki z ubiegłorocznej edycji – ot tak zwyczajnie, żeby się zmotywować i trochę przestać myśleć o własnym stresie. Zauważyłem, że mój planowany czas docelowy  – 1h 30min – dała w 2014 roku dokładnie 604 miejsce w kategorii open (zupełnie przypadkiem na tym miejscu był Paweł Kalinowski z Trinergy, którego miałem okazję poznać w tym roku na Marriott Everest Run). Pierwszy tysiąc zamykał czas 1:34:28.  Po tegorocznym biegu okazało się, że  moje 1:32:11 nie starczyło żeby się załapać – zabrakło 25 sekund – natomiast granica 1h 30min dała dopiero 793 pozycję. Oczywiście można by się pokusić o najprostsze wyjaśnienie tej sytuacji – rok temu bieg ukończyło 11 150 zawodników, w tym roku 12 958 (16% więcej) więc zgodnie z rozkładem normalnym przybyło ludzi w każdej kategorii czasowej i stąd przesunięcia wyników.  Jeśli cofniemy się jeszcze o rok (do edycji, która odbyła się przy -8C) okaże się, że przy 10 077 zawodnikach (10% mniej niż rok później) wynik 1:32:10 wystarczyłby na 704 miejsce. Zawodnik na 1000 miejscu miał w 2013 roku 1h 35min i 33 sek, a ten który trafił w 90min uplasował się na 556 miejscu. Zacznijmy jednak od 2012 roku i porównajmy tamte wyniki do wyników z 2013. Różnica w ilości startujących jest spora bo między 7 i 8 edycją wzrost jest aż 40% (z 7175 do 10077 którzy ukończyli). Prawdopodobnie większość z nowych to początkujący – porwani przez falę mody biegowej – którzy uplasowali się w rankingu z wynikami pomiędzy 2h a 2,5h. Wykres poniżej pokazuje ile osób w danej minucie ukończyło bieg (zielona kreska – 2013, żółta – 2012). Jeśli podobne dwa wykresy – tym razem z edycji 9 i 10 – nałożymy na siebie zauważymy, że różnice już tak wielkie nie są. Pójdźmy jednak o krok dalej i wyeliminujmy wpływ ilości startujących osób. Tym razem na wykresie poniżej uwzględniono jaki procent zawodników ukończyło bieg w konkretnej minucie. Po nałożeniu obu wykresów na siebie (niebieski to wyniki z 2015, czerwony to 2014) widzimy, że niebieskie języki wyraźnie wystają z lewej strony (wyniki poniżej 2h), a czerwone częściej pojawiają się z prawej. Na oko wygląda, że w tym roku byliśmy szybsi niż w 2014 – pytanie o ile? I tu z pomocą przychodzi nam inny wykres. Jeśli od wyników (procentowych) z poszczególnych minut z 2015 roku odejmiemy te same wyniki z 2014 roku powinniśmy wyraźnie zauważyć, że z lewej strony poziomej osi są wyniki dodatnie (procentowo więcej osób z lepszymi wynikami), a z prawej ujemne (mniej procentowo osób z wynikami gorszymi). Niestety odchylenia są na tyle duże, że dopiero linia trendu pokazuje jak sytuacja wygląda na prawdę. Czerwona linia trendu podnosi się (albo opada jak ktoś woli patrzeć z drugiej strony) o około 0,15% – czy to dużo? Dla kogoś, kto biegnie półmaraton w 1:40 to około 9 sekund. Czyli  jakieś 24 miejsca (tyle sekund dzieli w tym roku osobę z wynikiem 1:40:00 od osoby z wynikiem 1:40:09). Zerknijmy na jeszcze inne zestawienie. Poniżej procentowa ilość osób, kończąca bieg w danej minucie – w zestawieniu czterech ostatnich półmaratonów. Zobaczcie jak silną granicą psychologiczną jest granica 2h. Chyba nie do końca to wszystkim wyszło w 2013 roku, ale w pozostałych edycjach wyraźnie widać, że wynik zaczynający się od 1:59 miało o około 1/3 więcej osób niż tych z 2:00 – znaczy, że przycisnęli żeby złamać granicę. Podobny efekt widać...

read more

10 Półmaraton Warszawski

Posted by on Mar 30, 2015 in Biegi, Biegi Uliczne | 0 comments

10 Półmaraton Warszawski

Szybciej o 6 sekund na każdym kilometrze – tyle by mi wystarczyło, żeby złamać na 10 Półmaratonie Warszawskim 1h i 30min. Tak wynika ze statystyki i średniego tempa. W praktyce przez większość dystansu biegłem dużo szybciej – do 16km flagi z 1:30 miałem za swoimi plecami – niestety ostatni kilometr po płaskim i podbieg do mety zrobił swoje. Finalnie skończyłem z wynikiem 1:32:10 – czyli i tak przyzwoicie. Szczególnie biorąc pod uwagę słaby biegowo marzec – efekty nieudanego startu w ZUKu, przeziębienia, gorączki etc (wymówki, wymówki ;)). Jakby nie było jest życiówka i to nie jedna bo na 10km byłem po 41min i 28 sek co oznacza, że o 14sek poprawiłem czas również na tym dystansie (dawno nie było prób łamania 40min więc trzeba będzie spróbować na 10’tce w biegu towarzyszącym na Maratonie Warszawskim 26 kwietnia). Bieg Mieliśmy biec wspólnie z Jędrkiem, ale z tych założeń zrezygnowaliśmy na kilka dni przed startem uznając, że nie ma się co ograniczać na siłę – będziemy się razem męczyć na Biegu Rzeźnika ;) Jędrek zwiększył dystanse treningowe więc i tak było wiadomo, że w końcu wystrzeli do przodu – i tak też zrobił na 10km. Mniej więcej do 15km nasz niecny plan działał. Start~150m (różnica w czasie netto ~35-40sek) za flagami na 1:30 i lekkie ich wyprzedzenie powinno dać nam około minuty zapasu, więc spokojnie pod koniec będziemy mogli się wieźć z pacemakerami do końca. Ciągła przewaga kilkunastu sekund, wierni kibice na trasie i aż się miło biegnie. Na 9 czy 10km Jędrek pognał do przodu, a ja swoim tempem podążałem dalej przed flagami na 1:30. Na 11km wyprzedziłem Kenijczyka (numer startowy 9). Niestety na 16 dopadła mnie ściana i linia 1:30 zostawiła mnie lekko z tyłu. Niby strata niewielka, ale od 18km zaczął się podbieg, który był niszczący do tego stopnia, że tempo z pierwszej połowy biegu wróciło dopiero na Krakowskim Przedmieściu – na 800m przed metą (i to głównie za sprawą Kwita, który pojawił się na horyzoncie). Było już niestety za późno, żeby nadrobić stracone sekundy. Linię mety przekroczyłem po 1:32:10 zajmując 1110 miejsce w open (i 506 w kategorii M30). Z jednej strony fajny wynik i życiówka (wyprzedziłem jakieś 11,8 tys osób) z drugiej świadomość że gdyby nie choroba i nieco lepsze przygotowania to pewnie 1:30 by pękło…  no nic. Trudno. W tym roku i tak wyniki się nieźle poprawiły – w 9 edycji człowiek, który ukończył bieg po dokładnie 1:30 miał 604 miejsce, dziś byłby prawie 800. Podobnie z miejscem 1000 – w zeszłorocznej edycji wystarczyło złamać 1:34 żeby dostać się do pierwszego tysiąca – w tym roku nawet 1:32 nie wystarczyło… Święto biegowe i nie tylko Dla mnie świętem jest cały weekend. Po pierwsze Półmaraton, po drugie mam urodziny… a to oznacza sporo zamieszania, sporo osób z całej polski etc. Zaczęło się na spokojnie w piątek – urodzinowym piwem z Krasusem, Marcinem i Kwito, a przekształciło w niespodziewaną wizytę całej masy najbliższych przyjaciół i znajomych. Sobota to z kolei Smashing pĄpkinsowy carboloading, a niedziela to już jedno wielkie święto biegowe… …przygotowania z Jędrkiem, poranna rozgrzewka ze Smashingsami, spotkania z często dawno nie widzianymi znajomymi, albo tymi których do tej pory znało się tylko z grup biegowych etc. W końcu start i sam bieg. Na koniec hałaśliwe kibicowanie (garnek, trąbka i krzyki) i piwo z naszymi rywalami z Wkurw Team ;) Dla takich...

read more

Półmaraton w 59:32 – Nowy Rekord Europy

Posted by on Mar 22, 2015 in Biegi Uliczne | 0 comments

Półmaraton w 59:32 – Nowy Rekord Europy

Dziś na półmaratonie w Lizbonie padł (niepobity od 14 lat) rekord Europy. Mao Farach z UK przebiegł ten dystans w 59min 32 sek. Zabrakło mu co prawda aż 1min i 09sek do rekordu świata (pobitego co ciekawe pięć lat temu również w Lizbonie przez niejakiego Zersenaya Tadese z Erytrei – stąd rekord świata) ale rekord Polski – ustanowiony 15 lat temu przez Piotra Gładkiego w Hadze – przeskoczył aż o 2min 03sek. Biegł trzymając średnie tempo na poziomie 2min 49sek / km. Dla czego o tym pisze? Ponieważ już za tydzień największa impreza biegowa w Polsce – Półmaraton Warszawski. Bieg, który co roku gromadzi coraz większą liczbę uczestników – w zeszłym roku ukończyło go 11 124 osoby – 11x więcej niż w trakcie pierwszej edycji imprezy w 2006. Rok wcześniej było to aż 10 077 osób – mimo prawie 10 stopniowego mrozu. Biegaczy amatorów przybywa, a rekord Polski od 2000 roku nie pobity. Może nieco zmieniona tegoroczna trasa pozwoli na ustanowienie nowego rekordu kraju? Nas będzie 21! Tylu zawodników Smashing pĄpkins stanie na starcie. Jeszcze 100 dni przed imprezą w trakcie STUdni snułem plany złamania 1h 30min jednak po przejściach z początku miesiąca i fatalnym występie na ZUKu nadal mam problem z zejściem poniżej 4:15 (średnia z ostatniego 7km treningu) więc liczę raczej na wynik pomiędzy 1:35-1:40. Z jednej strony strasznie szkoda, z drugiej przez to wszystko podchodzę do startu bez większego stresu – traktując wszystko raczej jako imprezę towarzyską niż okazję do łamania życiówek. Chociaż tak naprawdę bezstresowo chyba tylko Marcin Kargol podchodzi – kolejny raz będzie łamał 2h ;)...

read more

Samsung Knox Triathlon IT – druga edycja!

Posted by on Mar 16, 2015 in Biegi, Motywacja, Trening, Triathlon | 0 comments

Samsung Knox Triathlon IT – druga edycja!

W połowie czerwca odbędzie się druga edycja Samsung Knox Triathlon IT – pierwszego i chyba jedynego jak dotąd triathlonu dla ludzi z branży IT. To wyjątkowa impreza nie tylko ze względu na swój kameralny charakter (oczywiście w porównaniu z największymi imprezami w kraju) i wysoki poziom organizacji. To przede wszystkim klimat, wyjątkowi ludzie i lokalizacja. Co ciekawe, mimo że o imprezie poza branżą prawie nie słychać przetacza się przez nią dość sporo znanych w Tri świecie osób. Organizatorem całego zamieszania jest Marcin Sowiński – Triathlonisa, członek zarządu PZT, a prywatnie ojciec Miłosza Sowińskiego – jednego z najbardziej utalentowanych młodych sportowców w naszym kraju (od roku pływam w jego piance! ;) ). Poradnik dla przygotowujących się zawodników napisał i nagrał Kuba Bielecki z Trinergy, na samych zawodach można było spotkać kilka ciekawych postaci ze świata sportu, a samą imprezę wygrał nie kto inny jak Michał Podsiadłowski. A jeśli jesteście z branży IT to na liście z wynikami z zeszłego roku znajdziecie zapewne dużo więcej znanych nazwisk i ciekawych firm. Dlaczego o tym piszę? Z kilku powodów. Po pierwsze miałem okazję brać udział w pierwszej edycji imprezy (nawet z sukcesem – drużynowo zajęliśmy II miejsce na dystansie Olimpijskim), po drugie – uczestniczyłem między innymi w nagraniach treningowych porad video Kuby Bieleckiego, oficjalna rywalizacja motywacyjna na Endomondo (link) jest moim pomysłem, a po trzecie – nie ma nic piękniejszego (poza górami) niż krystalicznie czyste jezioro w Powidzu w ciepły czerwcowy dzień. Jeśli więc jesteście przedstawicielami branży IT lub w IT pracujecie, chcielibyście spróbować swoich sił w Triathlonie to chyba nie ma lepszej okazji! Zostały jeszcze 3 miesiące więc do dystansu sprinterskiego spokojnie się przygotujecie. Zawody rozgrywane są w formule “4fun” więc nie musicie się zbytnio przejmować swoim wynikiem, a jeśli potrzebujecie pomocy trenerskiej lub motywacji to więcej informacji znajdziecie na stronie...

read more

Zimowy Ultramaraton Karkonoski czyli dlaczego tak trudno zrezygnować z biegu…

Posted by on Mar 14, 2015 in Biegi, Biegi Górskie, Góry, Ultra | 0 comments

Zimowy Ultramaraton Karkonoski czyli dlaczego tak trudno zrezygnować z biegu…

“Zimowy Ultramaraton Karkonoski miał być jednym z najważniejszych startów w roku, a gdyby nie łut szczęścia na losowaniu do Biegu Rzeźnika pewnie byłby najważniejszym biegiem górskim w tym sezonie. Baza w oddalonym o 500km Karpaczu, przygotowania, poniesione koszty, plany, treningi. I to wszystko szlag trafił. Na 28 kilometrze…” Kilkanaście tygodni przygotowań, godziny rozmów z Marcinem nt wyposażenia obowiązkowego, wyposażenia dodatkowego, ubioru, żywienia na trasie. W końcu rezerwacja hotelu, planowanie przejazdu, zakup dodatkowego sprzętu (jak np nakładki antypoślizgowe na buty). Nawet nowe Salomony kupiłem wcześniej żeby mieć już rozdeptane na ZUK. Na dwa tygodnie przed startem wszystko dopięte na ostatni guzik. Kilka dni później ledwo się poruszam. Gorączka, ból głowy, nawet oczy bolą przy mruganiu. Śpię po 8-10h w nocy i dosypiam dodatkowe 2-2,5h w ciągu dnia. Grypa. Na szczęście nie straciłem apetytu więc przestawiłem dietę na maksymalnie pro zdrowotną. Własnoręcznie robione masło czosnkowe z bazylią, dodatkowe porcje żurawiny do podjadania w pracy, przeciery wielowarzywne, soki, sałatki z olejem lnianym, wszelkie możliwe nasiona, dodatkowe porcje orzechów… na trzy dni przed startem wydaje się, że już wszytko jest ok. Przestaje się więc przejmować. W piątek ruszamy z Martyną, Kasią, Miszą i Marcinem do Karpacza. Całą drogę zastanawiam się nad tym co ubrać, co zabrać do plecaka. W biegach górskich temperatura zawsze jest niewiadomą. Na podbiegach robi się gorąco, na grani często wieje. Dokładając do tego zmienne warunki terenowe mamy idealny przepis na nie wiem co na siebie włożyć. Kończy się więc jak zwykle – jakoś to będzie. Spotykamy się wszyscy wieczorem w Karpaczu na odprawie. Jest Krasus z Magdą, są Kargole,jest Kasia Karpa z UltraŁyskiem, Agnieszka Winnie, jest Eto, jest Kamil Grycz z którym zrobiliśmy razem kilkanaście podejść na MER, Kornel Jaskuła z IWW i masa innych fajnych ludzi. Odprawa, tradycyjne piwo i pizza na dobranoc i spać. Pobudka 4:45 Budzik dzwoni przed 5:00. Dziesięć minut później do drzwi puka Marcin Kargol. O 5:10 siedzimy już w autokarze – po kontroli wyposażenia obowiązkowego. Plecak waży chyba z 5kg. Krótka drzemka w autobusie i o 6:45 jesteśmy już wszyscy na starcie. Nie jest aż tak zimno jak się obawiałem że będzie. Wychodzi na to, że ubrałem się idealnie. Pierwsze 2km lecimy po w miarę ubitym śniegu, kawałek po betonie. Szybko jednak śniegu robi się coraz więcej (co widać na filmie). Od 3km praktycznie wszyscy – jeszcze szybkim tempem – napierają pod górę idąc. Już na początku podejścia tracę z oczu Marcina – zostaje gdzieś z tyłu. Krasus napiera daleko z przodu. Szybko doganiam Sabinę Giełzak – rok wcześniej była w TOP20, napiera dość szybko ale bez przesady więc nawet nie próbuje jej wyprzedzać. Nabieramy wysokości, czas leci a kilometrów nie przybywa. Na trasach górskich czuje się dość dobrze, ale nieustanna walka ze śniegiem szybko sprawia że zaczynam czuć jak pracuje cała stabilizacja. Na Szernicę docieramy po prawie 90minutach. Dramat, ale niewiele osób napiera szybciej. Warunki się dość mocno poprawiają, ale nadal śnieg powoduje że biegnie się jak po piasku. Zaczynam żałować że nie znoszę taszczyć ze sobą kijków – byłby chociaż jakiś stabilny punkt podparcia, a nie tylko zsuwające się co chwila buty. Napieram tak kolejne 2h praktycznie bez większych problemów. Raz szybciej raz wolniej – zależy jak trasa pozwala. Czuje zmęczenie, ale to w takich warunkach nieuniknione. Mniej więcej na 16km pojawia się piękny 2km zbieg. Całość zajmuje około 10min – pierwszy raz...

read more

Marriott Everest Run czyli lekkie obłąkanie

Posted by on Jan 26, 2015 in Biegi, Pozostałe | 0 comments

Marriott Everest Run czyli lekkie obłąkanie

Od czasu do czasu warto sobie urozmaicić bieganie. Nawet jeśli ktoś próbuje swoich sił w triathlonie, biegach górskich, biegach ulicznych i biegach na orientację to czasami przychodzą do głowy pomysły z gatunku zróbmy coś niecodziennego! Tym razem pomysł przyszedł sam –  w sieci pojawiła się informacja o Marriott Everest Run – czyli 24h bieganie po schodach z założeniem osiągnięcia 8848m przewyższenia. No to mamy urozmaicenie… Wąskie schody, ciasna i duszna klatka schodowa bez okien, temperatura sięgająca 30C, monotonne zdobywanie pięter, które w zasadzie różnią się od siebie tylko numerem na ścianie i żadnych kibiców na trasie. 7-8 min podejścia, czekanie na windę, zjazd – 2min na jedzenie i picie i tak w kółko. Do tego skupienie wariatów na metr kwadratowy przekraczające wszelkie dopuszczalne normy. Ale za to jakich wariatów! I nie mówię tylko Radku, Marcinie i Kwito z którymi się umawialiśmy na wspólne pokonywanie trasy i nie raz biegaliśmy przez wiele godzin po bagnach, łakach i innych polach w poszukiwaniu biało-czerwonych szmat z dziurkaczem… Wchodzisz na górę n’ty raz i nagle się okazuje, że idziesz i gadasz z człowiekiem, który skończył Spartathlon (246km w dość trudnych warunkach) i twierdzi że bieganie po pustyni przy 55C jest do wytrenowania. Chwilę później podobna sytuacja – tylko koszulka na gościu inna – UTMB (~170km i ~9000m przewyższenia). Potem kilkanaście podejść w grupie triathlonowej, z czego połowa z ukończonym IM na koncie (Malbork, Borówno etc), reszta minimum IM 70.3 (i jak się okazuje wszyscy mamy wspólnych znajomych). Dalej przekrój koszulek z chyba wszystkich większych biegów Ultra w kraju. Bieg Rzeźnika, Maraton Gór Stołowych, Łemkowyna Ultra Trial etc etc. Jak już trafiasz na pozornie normalną osobę, która nigdzie specjalnie nie startuje, nie biega ultra, nie wspina się, nie ma życiówki poniżej 3h w maratonie to się na koniec okazuje, że zamiast na everest wchodzi gdzieś w kosmos po 70 czy 80 razy bo ciśnie do końca całe 24h… Masa ludzi nakręconych adrenaliną. Tematy rozmów często schodzą z biegania na inne dyscypliny sportów wytrzymałościowych. Nawet w czasie przerw, leżąc na podłodze ludzie gadają o Broad Peak, książkach Wandy Rutkiewicz czy wyprawach na Mont Blanc. I wśród tego towarzystwa my – amatorzy biegów po schodach, którzy chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z wielkości tego wyzwania. I nawet nie chodzi o możliwości fizyczne – po ukończonych 42 piętrach nawet nie miałem zakwasów drugiego dnia – w zasadzie żadnych fizycznych dolegliwości. Najcięższe co w tym wszystkim było siedziało w głowie. Pierwsza godzina zeszła nam w naprawdę szybkim tempie. Startując z pierwszą grupą o godzinie 8:1o wystarczyły nam 62 min żeby wejść na górę pierwsze 6 razy. Niestety potem powoli zaczynało przyrastać zawodników (kolejne grupy wchodziło na trasę o 9:00, 10:30 i 11:30), a jedna przydzielona nam winda zwyczajnie przestała wyrabiać. Przez kolejne trzy godziny więcej staliśmy w małym pomieszczeniu przed windą techniczną, w grupie 70-80 osób, w cholernym zaduchu i z temperaturą około 30C, niż wchodziliśmy po schodach. Kolejne 6 podejść skończyliśmy 2,5h później… Częstotliwość naszych wycieczek i opóźnienia w czekaniu na windę (a czasami windy, psujące się windy… ) widać na wykresie poniżej. Na szczęście ekipa organizatorów działała dość sprawnie i udało im się przekonać hotel do uruchomienia kolejnej windy. Niestety na niewiele to się zdało – przy 190 startujących osobach nawet 3 windy nie dałyby rady. Gigantycznym plusem było rozstawione przez pierwsze 8 czy 10h stanowisko z wodą na...

read more

[Książka] Waga Startowa

Posted by on Jan 19, 2015 in Ksiązki, Trening | 0 comments

[Książka] Waga Startowa

Niezależnie od motywacji – czy jest to zwyczajne dbanie o zdrowie, zrzucenie kilku zbędnych kilogramów czy regularna walka o coraz lepsze sportowe wyniki – w życiu każdego biegającego pojawia się moment, w którym postanawiamy poprawić jakości swojego zdrowia. Zazwyczaj kolejnym – po ruszeniu się z kanapy – krokiem jest poprawa jakości tego co w siebie wrzucamy – czyli zwracanie uwagi na to co, kiedy i w jakiej formie jemy. Tak przynajmniej wygląda to w teorii. W praktyce, kiedy zaczynamy zagłębiać się w tajniki zdrowego żywienia musimy przebrnąć przez masę pseudo-poradników podających często sprzeczne ze sobą informacji nt tego co jest, a co nie jest zdrowe. Jeśli poświęcimy na to nieco więcej czasu zaczniemy docierać do profesjonalnie przygotowanych i opartych na badaniach naukowych tekstów. Wówczas zazwyczaj pojawia się coś w rodzaju dysonansu poznawczego. Okazuje się, że po pierwsze – większość dotychczasowej wiedzy można wrzucić do kosza (np to, że tradycyjna polska kuchnia naszych babć jest zdrowa), po drugie – masa rzeczy nam szkodzi, a to co pozornie jest zdrowe zazwyczaj spożywane jest w złym towarzystwie przez co nie działa tak jak powinno. Po trzecie – żeby to wszystko ogarnąć potrzebny będzie nam przynajmniej doktorat z technologi żywności i co najmniej dwa fakultety z dietetyki. Całe szczęście istnieją takie pozycje jak Waga Startowa Matta Fitzgeralda (Racing Weight). Książka, w której autor w prosty i przystępny sposób tłumaczy w jaki sposób zrobić kilka pierwszych kroków do lepszego zbilansowania naszej diety. Mimo przejrzystości i łatwej do ogarnięcia wiedzy książce bardzo daleko do podobnych – mniej naukowych – pozycji poradnikowych typu “jak nic nie jeść i być zdrowym” . Fitzgerald bardzo często albo uzasadnia wyciągane przez siebie wnioski, albo wręcz opiera całe teorie żywienia na wynikach konkretnych badań (podając autorów i datę badania jako źródła). W książce nie znajdziemy magicznego przepisu na zrzucenie zbędnych kilogramów. Autor sam zaznacza, że u każdego jest to sprawa indywidualna, a w zależności od uprawianej dyscypliny sportu nasz organizm może w różny sposób reagować na tą samą dietę. Nawet więcej – w jednym z rozdziałów, gdzie podane są przykładowe posiłki czołowych zawodników różnych wytrzymałościowych dyscyplin sportowych wyraźnie zaznacza, że niektórzy osiągają ponadprzeciętne wyniki działając nawet wbrew wynikom niektórych badań. Książka zawiera ogromną ilość pożytecznej i przede wszystkim praktycznej wiedzy z dziedziny dietetyki sportowej. Dowiecie się z niej między innymi jak waga wpływa na wyniki sportowe. Od czego zacząć poprawę jakości naszego żywienia i jak ułożyć swój jadłospis uwzględniając dyscyplinę sportu jaką uprawiacie. Jak policzyć wartość energetyczną posiłków (biorąc pod uwagę ilość tłuszczy, białek i węglowodanów), jak bilansować źródła energii i źródła mikro i makro składników, ale przede wszystkim – jak sobie nie zaszkodzić. Waga Startowa to pozycja wyjątkowa – mieści w sobie mnóstwo wiedzy praktycznej, która stoi na silnych fundamentach teoretycznych. Autor należy do zwolenników diety bezwzględnie wysokowęglowodanowej i choć nie jesteśmy zgodni we wszystkim w kontekście diety redukcyjnej, warto ją przeczytać i jestem przekonana, że każdy coś z niej wyniesie – od podstawowych informacji, przez motywację, aż po sposoby “radzenia sobie” z apetytem czy przepisy. W przystępny sposób przybliża zagadnienia fizjologii wysiłku fizycznego, stanowiącego podstawę żywienia sportowców. Polecam jako jedną z pierwszych na liście do odhaczenia! Dorota Traczyk, dietetyk sportowy www.dieta-sportowca.com.pl Miałem kiedyś okazję obejrzeć prezentację z przygotowań do RAAM Remigiusza Siudzińskiego, który przeniósł stosowaną przez niego na co dzień analitykę zbiorów dużych ilości danych (tzw BigData) do swojej dyscypliny sportu. Jedną danych, którą wówczas...

read more

EverestRun – jak się przygotować?

Posted by on Jan 14, 2015 in Biegi, Pozostałe, Trening | 0 comments

EverestRun – jak się przygotować?

Na początku zaznaczę, że nie jestem ekspertem w temacie dlugodystansowego biegania po schodach. Mam jednak trochę doświadczenia w biegach górskich, biegach Ultra i innych dziwnych przedsięwzięciach związanych z nietypowym i długotrwałym wysiłkiem. Cały poniższy tekst i wszystkie wyciągnięte przeze mnie wnioski bazują na tym doświadczeniu wzbogaconym o ostatnie treningi na stairmillu i trening grupy Biegamy po Schodach, który odbył się w Hotelu Marriott dokładnie w miejscu gdzie przyjdzie nam się zmierzyć z Everestem 24 stycznia. Zacznijmy od podstaw Przede wszystkim trzeba się nastawić na ciasnotę, duchotę i monotonność. Miejsce gdzie można pozostawić swoje rzeczy jest naprawdę ciasne. Najlepiej przygotować wszystko tak, żeby zmieściło się do jednej torby i odłożyć ją w jakimś wygodnym miejscu pod ścianą. Na pewno będzie bardzo gorąco – najwłaściwszym ubiorem będzie ten na najgorętsze letnie dni (temperatura spokojnie podskoczy do ponad 30C). A z monotonią trzeba sobie jakoś radzić – na szczęście prawie na każdym piętrze jest na ścianie numerek – można więc sprawdzać czy się dobrze liczy piętra i jakoś to leci ;)   Klatka schodowa w Marriottcie jest wyjątkowo wąska. Przy większym zagęszczeniu trudno jest wyprzedzać. Dobrym zwyczajem jest przypuszczanie szybszych od siebie po wewnętrznej stronie – jeśli więc będziecie się musieli zatrzymać czy zwolnić – zbliżcie się do ściany pozostawiając wolne miejsce przy poręczy. Tak czy inaczej w godzinach szczytu utkniecie w kolejce do windy na samej górze (prawdopodobnie już na półpiętrze). Teoretycznie winda zabiera do 12 osób, w praktyce w trakcie treningu jeśli wsiadało więcej niż 8 zaczynały się problemy – udało nam się nawet spędzić 10min pomiędzy poziomami -2 i -1 czekając aż ktoś otworzy drzwi. Zjazd nie będzie wiec szybki – zdążycie odpocząć. Schodzić z jednej strony nie wolno (regulamin) z drugiej zupełnie się nie opłaca – raz mi się zdarzyło. Zajęło mi to prawie tyle samo czasu co wejście i w dodatku poczułem to w kolanach. Nawet jeśli będziecie musieli czekać 5-6min na windę to się bardziej opłaci niż schodzić.   Jedzenie i picie W trakcie 2h treningu zeszło mi mniej więcej 700ml wody. Na pierwszy rzut oka nie jest to dużo, ale przypomnę ze zrealizowaliśmy zaledwie 1/6 całości. Zakładając, że raczej nie uda się utrzymać takiego tempa przez 12h, a dodając do tego fakt, że druga godzina odbywała się w dość komfortowych warunkach (zostało mało osób i nie było specjalnie duszno) trzeba przemnożyć to zapotrzebowanie na wodę przez 6-8 co daje prawie 4-5L wody! 3-4 półtoralitrowe butelki mineralnej na całe zawody to absolutne minimum dla kogoś, kto chce zaatakować szczyt. Te wyliczenia są oczywiście mocno przybliżone. Na początku treningu, kiedy na klatce było na raz około 80-90 osób zrobiło się naprawdę duszno i gorąco. Po jakimś czasie uruchomiono wentylację, dodatkowo spadła ilość wchodzących osób i zrobiło się całkiem przyjemnie. Jak będzie na zawodach ciężko przewidzieć -zależeć to będzie zarówno od działającego nawiewu jak i aktualnej liczby zawodników, a to może dość radykalnie zmieniać zapotrzebowanie na wodę. Z jedzeniem sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Bez specjalnego ładowania się węglem przed treningiem, w jego trakcie wrzuciłem w siebie tylko ~300kcal w postaci batona czekoladowego. Z drugiej strony Endomondo pokazało aż 2100kcal, chociaż nie wierzył bym w te obliczenia zbyt mocno. Zakładam, że trzeba tu liczyć spalanie mniej więcej na poziomie powolnego długiego wybiegania (w moim przypadku będzie to pewnie około 550-600kcal na godzinę). I znów efekt skali winduje teoretyczne zapotrzebowanie na kalorie przy 65...

read more

Ełcka Zmarzlina 2015

Posted by on Jan 5, 2015 in Biegi, Biegi Na Orientację | 0 comments

Ełcka Zmarzlina 2015

WiechoR i Ełcka Zmarzlina to chyba najoryginalniejszy organizator i najoryginalniejszy Ekstremalny Pieszy Maraton na Orientację w naszym kraju. Tu praktycznie wszystko jest inne, nawet kolejne edycje biegu są do siebie nie podobne. Trzy lata temu w ramach Ełckiej odbyły się mistrzostwa polski na trasie 100km, a trasa 50km odbywała się w nocy. Dwa lata temu Ełckej w ogóle nie było, żeby rok później wrócić (trasy 100 i 50km) z tym, że trasa TP50 odbywała się już w dzień w dodatku z tak prostą nawigacją, że praktycznie był to terenowy bieg nawet nie na 50, a na 46km. W tym roku “setki” nie było, a trasę 50km zmodyfikowano i podzielono na 4 etapy z trzema mapami o różnej skali (o czym dalej). Jakby tego było mało to jeden z nielicznych rajdów w czasie których do dyspozycji zawodników jest cały “internat” więc do spania zamiast podłogi na sali gimnastycznej są 4 osobowe pokoje z łóżkami (!), a woda pod prysznicem jest zawsze ciepła. W pakiecie co prawda nie ma posiłku zaraz po biegu, ale jest wieczorna biesiada z piwem i jedzeniem na full wypasie. Wszyscy zawodnicy mają darmowe wejście do aquaparku z sauną, sauną parową, jacuzzi, 25m basenem sportowym i masażami wodnymi! Mało? To chyba jedyny PMNO z pozorowanym startem dla mediów… ale za to jakich mediów! Pojawiają się TVP, pojawiają się przedstawiciele lokalnego radia i lokalnej prasy, a w tym roku przyjechały nawet TVN’y! Ba! Pojawił się nawet sam prezydent miasta, który nie tylko wręczył medale (tak! są medale!) wszystkim uczestnikom, to jeszcze sam ukończył bieg…   który koniec końców powinien się nazywać Ełckie Roztopy, bo mimo nazwy co roku temperatura na początku stycznia kręci się koło 0 stopni i przynajmniej połowa trasy jest błotnista i mokra… I w tym roku tradycji stało się zadość. Mieliśmy deszcz, mieliśmy grad, mieliśmy śnieg, był lód i były roztopy. Połowa trasy była organoleptycznym przeglądem rowów melioracyjnych ziemi Ełckiej (in plus!), a druga połowa leśną przebieżką w poszukiwaniu dość łatwo rozstawionych i widocznych z daleka punktów (tez in plus!) na górkach i w innych ciekawych miejscach. Wszystko okraszone było cholernie silnym wiatrem, który dawał się we znaki szczególnie na ostatnich kilometrach kiedy trasa była “odkryta”, a wiatr wychładzał do tego stopnia, że dwa razy przeszła mi przez głowę myśl o zakończeniu biegu przed czasem. W zasadzie nie wiem czy powinienem w ogóle w tym roku startować. Kilka dni po grypie, z tętnem (mierzone 2 dni przed startem na 8km treningu) wyższym o 10-15% od “normy”, ciągle zawalonym nosem i kaszlem gruźlika raczej powinienem pozostać w domu…  ale Ełcka to Ełcka. Teoretycznie wystarczyło biec nieco wolniej i unikać wychłodzenia, ale że Krasus gonił podium to przez pierwsze 15km trzymaliśmy tempo jak na półmaratonie. Pierwszy odcinek specjalny (10km na mapie 1:10 000) skończyliśmy w okolicach 7-8 miejsca. Mniej więcej na 15km rozdzieliliśmy się (finalnie Krasus skończył na 2 miejscu… ), ale do połowy udało mi się utrzymać na pozycji i po drugim odcinku specjalnym (25km) nadal byłem na 8 pozycji. Niestety druga połowa mimo prawie idealnej nawigacji poszła mi nieco gorzej. Muszę przyznać, że dawno nie biegłem tak długiego odcinka zupełnie samemu (ponad 35km). Zazwyczaj pokonujemy trasę w grupie albo przynajmniej we dwóch, ale tym razem czołówka dość mocno się oddaliła od reszty stawki, a nawigacja napotkanych po drodze osób wydała mi się zbyt… niekonwencjonalna… więc biegłem zupełnie sam. Co zresztą...

read more