Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Blog

Z roku na rok…

Posted by on Jan 18, 2016 in Biegi, Motywacja, Trening | 0 comments

Z roku na rok…

Tak się jakoś składa, że przełom roku to idealny moment na przemyślenia. Nie przepadam specjalnie za upublicznianiem statystyk, robieniem jakiś wielkich tabel z podsumowaniami, ale lubię tą świadomość, że 1 stycznia startujemy wszyscy z czystą kartą. Na dobrą sprawę nic się nie zmienia – od trochę inny układ cyferek w dacie ale głowa robi swoje… jak zawsze w sportach wytrzymałościowych. Widzę efekty intensywniejszych treningów. W wakacje wróciłem na rower – niestety 2015 był dość daleko od triathlonów. W samym wrześniu zrobiłem prawie 500km na dojazdach do pracy często po powrocie do domu wychodząc na zakładkę biegową. Efektem tego była życiówka na 5km 18:50. Wróciłem na siłownię – pozostało jeszcze wrócić na basen. W ciągu czterech lat doszedłem w rejony, które kiedyś były dla mnie nieosiągalne. W 2011 roku chciałem przebiec w ciągu godziny 10km. Udało się. Rok później biegałem w tym czasie już 12km. Na początku grudnia 2015 roku test wydolnościowy pokazał, że oba te ówczesne rekordy mieszczą się w zakresie tempa regeneracyjnego…  godzina z niecałymi dwiema minutami wystarcza mi na przebiegnięcie 15km. Nadal nie mam trenera, ale zacząłem się przykładać do treningów – przebieżki, interwały, podbiegi, naprawdę długie wybiegania. Przestałem biegać na rympał – biegi uliczne biegnę tak, żeby za bardzo nie bolało… a i tak trzymam się w okolicach 3:50 – 4:10min/km (czasem szybciej). W PMNO czuję przewagę nad sporą częścią zawodników – nadal w ‘generalce’ ląduje raczej na wysokości 10 miejsca (+-3), a nie na pudle, ale czuje że jest mocna poprawa. I to co najważniejsze – czuje się mocny w górach. Czuje coraz lepszą wydolność w trakcie podbiegów i na długich stromych podejściach. Robię coraz więcej treningów pod starty w pierwszej połowie roku-  ze względu na Rzeźnika i Lavaredo. Nie jest oczywiście tylko pozytywnie. Dłuższy bieg (tj taki powyżej 40km w przełajach) powoduje, że siadają mi łydki, a krótsze biegi (w okolicach 10km) przy prędkościach 3:40 – 3:50 spawają mi jeszcze problemy. Jest więc nad czym pracować. Do dwóch najważniejszych startów w roku zostało nieco ponad 5 miesięcy…  ...

read more

Izerska Wielka Wyrypa!

Posted by on Aug 27, 2015 in Biegi, Biegi Na Orientację, Góry, Ultra | 2 comments

Izerska Wielka Wyrypa!

To tu 4 lata temu się wszystko zaczęło – na Izerskiej Wielkiej Wyrypie. 19 sierpnia 2011 roku stanęliśmy z Jędrkiem na starcie naszego pierwszego Pieszego Maratonu na Orientację (PMNO). Nie wiedzieliśmy wtedy co nas czeka – nie mieliśmy bladego pojęcia o biegach z mapą i kompasem. Zrobiliśmy ponad 110km trasę w prawie 26h… bolało wszystko. Dzień później – a w zasadzie w trakcie naszych zmagań – na dystansie 50km swój debiut w PMNO miał Krasus. Od tamtej pory ekstremalne maratony na orientację na dobre zagościły w naszym kalendarzu, a Izerska Wyrypa stała się czymś w rodzaju sportowego święta mapy. W tym roku stanęliśmy na starcie TP50 po raz kolejny. Jędrek, Kargol i Ja. Jakoś tak się mało sympatycznie poskładało, że reszta ekipy pApkinsów nie dała rady w tym roku dojechać – i niech żałują! Arek i Kornel Jaskuła pojechali po bandzie i przygotowali chyba najtrudniejszą w historii wyrypy trasę. Ma być podobno “fajnie” ;) #izerskawielkawyrypa #goryizerskie #pmno #bieganie #running #orientering #ultrarunning Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 21 Sie, 2015 o 10:47 PDT Na dystansie 56km zrobiliśmy w sumie około 2500m podejść co średnio na kilometr daje niemal tyle samo co na Biegu Rzeźnika. 18 punktów, 7 punktowy odcinek specjalny i poziomice miejscami tak gęste, że ciężko było je w ogóle policzyć. Zresztą już po pierwszym rzucie oka na mapę nie wiedzieliśmy za co się złapać. Żadnego oczywistego wariantu, żadnej pętli czy nawet dwóch – trzeba ostro kombinować, żeby nie wpakować się w sinusoidę wzniesień między punktami. Przebieg IW czyli na trasie zawodów… W końcu wymyśliliśmy (a w zasadzie Jędrek wymyślił) – w pierwszej kolejności zgarniamy pkt nr 8 – niemal na środku mapy. 300m w górę na odcinku 1,5km. Fantastycznie – dopiero co wdrapaliśmy się 200m (na liczniku ledwo 2km) po mapy i od razu kolejne podejście? Wygrał jednak argument że później PK8 będzie już zaliczony więc będzie łatwiej psychicznie. I było… Po 46min mieliśmy za sobą 3,6km i 510m pod nami. Jeśli dobrze liczę to średnie podejście na tym odcinku to 14% (warszawska Agrykola ma średnio 5,2%). Mamy pierwszy punkt, teraz trzeba tylko się przełamać psychicznie i z górki zejść tą samą trasą. Bez kombinowania, a to nie takie proste. Dopiero co podchodziliśmy i teraz każdy powód żeby nie schodzić jest dobry. Postanowiliśmy jednak realizować nasze założenie i pobiegliśmy w dół przez PK3 do os’a. Odcinek specjalny to w tym wypadku 7 punktów, z którymi większych problemów nie było – może poza tym, że w pewnym momencie nawigując na punt zdaje się nr 5 wbiegliśmy na pkt nr 7… najważniejsze jednak, że się udało. Wybraliśmy wariant optymalny z wyjściem jak najbliżej PK2. I kolejne podejście. 300m do góry i 1,5km do przodu… w dodatku zaczęła się zabawa przed którą ostrzegali Arek i Kornel – czyli znikające w lesie ścieżki.    “Qrde, na bogato z tymi poziomicami” fot. Arkadiusz Jaskuła, IWW #running #bieganie #smashingpąpkinsforever #ultrarunning #orientering Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 26 Sie, 2015 o 3:27 PDT W sumie wyszło tak, że na 20km mieliśmy już praktycznie połowę przewyższeń za sobą, a przed sobą w miarę płaski (jak na okolicę) teren. Niestety tu też się rozdzieliliśmy – podchodzenie pod górę od PK2 do PK4 szło mi trochę sprawniej niż Jędrkowi i Marcinowi i gdzieś w połowie drogi między punktami im uciekłem. W biegach na orientację grupa jest tak samo pomocna...

read more

Tatry,Bieg na Rysy i Ultra Men

Posted by on Aug 10, 2015 in Biegi, Biegi Górskie, Trening | 0 comments

Tatry,Bieg na Rysy i Ultra Men

Jeszcze kilka lat temu ciężko było spotkać w Tatrach kogoś, kto w ogóle biega – nawet po uliczkach Zakopanego. Wszystko się jednak zmienia – w ciągu 8 dniowego pobytu w naszych najwyższych górach kilkukrotnie mijaliśmy biegaczy – nawet powyżej 2000mnpm. Sami zresztą z Marcinem Kargolem planowaliśmy od jakiegoś czasu trochę pobiegać i wbiec między innymi na Rysy – ot tak, żeby sprawdzić jak nam pójdzie i ile nam zabraknie do Marcina Świerca – rekordzisty (byłego) tej trasy – 1h 34min 49sek… Kilka dni przed wyjazdem w Tatry okazało się jednak, że rekord Świerca został pobity o niecałe 2min przez mistrza świata w  towerrunningu Piotra Łobodzińskiego (1h 32min 50sek). Nie to, żeby nam to jakoś pokrzyżowało plany – Marcin od początku liczył, że zajmie nam to ponad godzinę dłużej (i trafił idealnie). Jakby tego było mało kilka dni później Natalia Tomasiak wykręciła na tej trasie kobiecy rekord – 1h 56min 37 sek. Po tym wszystkim nie było już mowy, żeby nie spróbować… Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 6 Sie, 2015 o 9:22 PDT Założenie jest proste – startujemy z parkingu w Palenicy i ciśniemy drogą na Moko, dalej Czarny Staw i na Rysy. Cała trasa ma nieco ponad 12km i prawie 1500m przewyższenia. Dodatkowym utrudnieniem są tu turyści, którzy latem w Tatrach zaczynają korkować podejście na Rysy już od godziny 9:00 więc trzeba z dołu ruszyć dość wcześnie. Trasę można mentalnie podzielić na trzy odcinki. Pierwszy i najdłuższy to klapkostrada na Moko – niecałe 8km po betonowej drodze gdzie spokojnie można trzymać średnio 5:20-5:40 (przynajmniej jak na nasze możliwości) – czyli tak, żeby się nie zajechać przed trudniejszym fizycznie podejściem. Drugi etap to bieg po kamiennej ścieżce między Morskim Okiem a Czarnym Stawem zakończony kilkuminutową wspinaczką na ostatnich metrach. Ponad połowa odcinka jest zacieniona (szczególnie rano) i często zdarza się, że kamienie są dość mokre i ślizgie. Trzeci etap – od Czarnego – zaczyna się niewinnie ścieżką dookoła stawu, przechodzi w coraz mocniejsze podejście i kończy się stromym, kamiennym wspinem po szlaku z łańcuchami. Najkrótszy (odległościowo), najdłuższy (czasowo) i najbardziej męczący etap przypominający raczej wchodzenie po stromych schodach. To dość dobrze tłumaczy dlaczego to akurat Łobodziński pobił rekord Świerca.   Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 4 Sie, 2015 o 5:12 PDT Cała zabawa zaczyna się tak naprawdę na podejściu do Czarnego – dopiero tu tętno mocno skacze, pierwszy raz zaczynają pracować łydki i pojawiają się pierwsze momenty kiedy zaczyna brakować tchu. Dalej jest już tylko gorzej. Coraz bardziej strome podejście, coraz bardziej piekące mięśnie i coraz trudniej złapać oddech. Oczywiście nie ma mowy o zatrzymywaniu się – w końcu nie jesteśmy tu, żeby odpoczywać. Niestety bardzo szybko wyszło jak dużo brakuje nam do elity – 1h 32min minęły nam zaledwie 100-150m ponad taflą Czarnego Stawu – ponad 700m poniżej szczytu. Kobiecy rekord dopadł nas prawie 400m wyżej… byliśmy zaledwie w połowie podejścia z Czarnego na Rysy. I to wszystko przy naprawdę szybkim wchodzeniu i niezbyt zatłoczonym szlaku… Na szczycie zameldowaliśmy się dokładnie o 10:01 po 2h 31min od startu. Brzmi to bardzo dobrze jeśli wziąć pod uwagę czas podany na mapie – ponad 6,5h, ale w porównaniu z innymi ponad godzina różnicy to przepaść…   jedno jest jednak budujące. Pięć lat temu z Jędrkiem porównywaliśmy się do drogowskazów, teraz (z różnymi efektami) ale dążymy do elity – powoli, ale systematycznie...

read more

[Książka] Szczęśliwi Biegają Ultra

Posted by on Jul 9, 2015 in Ksiązki | 0 comments

[Książka] Szczęśliwi Biegają Ultra

Większość książek pisanych przez biegaczy wygląda bardzo podobnie. Wstęp z opisem jakiegoś ważnego biegu, potem historia życia, przez którą czasami nie da się przebrnąć (jak np w przypadku Ukrytej Siły Richa Rolla) i dalej szczegółowe opisy startów – przygotowania, zawody relacjonowane metr po metrze aż do znudzenia etc. Wszystko przeplatane od czasu do czasu filozofia życia i dietą. Ta książka jest inna! I mimo, że zawiera wspomniane elementy, jej podstawowym atutem jest obraz świata biegów Ultra. Bez zbędnego koloryzowania, bez tworzenia niepotrzebnych ideologii czy peanów zachwytu nad długodystansowym bieganiem. Krok po kroku w prosty i fascynujący sposób poznajemy wszystkie aspekty całej palety sportów wytrzymałościowych. Dołęgowscy z jednej strony odczarowują świat biegów ekstremalnych odzierając go z powszechnie powtarzanych mitów (nie, w większości biegów długodystansowych nie biegnie się non stop, ultrasi nie są ludźmi z żelaza, których nic nie boli, którzy nie mają kryzysów na trasie, którzy mogą biec w nieskończoność i którzy są gotowi do biegu jak każdy facet do seksu – o każdej porze dnia i nocy). Z drugiej strony pokazują całe piękno biegów, wykańczających i morderczych tras górskich i wielogodzinnych czy nawet wielodniowych zawodów, które doprowadzają fizycznie i psychicznie do granic wytrzymałości. A czasami nawet dalej. To co stanowi ogromną zaletę książki to merytoryka. Dostaniemy tu porcję informacji nt przygotowań do ultra, treningu, odżywiania, sposobów planowania startów, taktyki etc i to nie tylko z subiektywnego punktu widzenia autorów, ale prawie zawsze podparte przykładami z życia czołowych ultra zawodników czy wręcz konkretnymi opracowaniami naukowymi (a w najgorszym wypadku publikacjami prasowymi). Ta książka inspiruje i daje natchnienie do tego stopnia, że po każdym rozdziale masz ochotę coś zrobić. Zmienić sposób trenowania, dietę, przemeblować plany startów na najbliższe dziesięć lat. Daje oparcie i nadzieje, szczególnie jeśli ktoś zmaga się właśnie ze swoją własną kontuzja, która eliminuje z biegania na kilka tygodni. Daje wskazówki odnośnie treningów, ich jakości i ilości startów w sezonie. Nie brakuje tu również ciemnej strony biegania. Kontuzje, częściowe lub całkowite podporządkowanie swojego życia pasji. Wpływowi jakie biegi mają na otoczenie, rodzinę, przyjaciół czy nawet finanse domowe. Krótko mówiąc – wszystkie widoczne i ukryte koszty biegania ultra. A photo posted by Paweł Choiński (@pawelchoinski) on Jul 5, 2015 at 6:24am PDT Dla mnie książka ma jeszcze jedną ogromną wartość, dzięki której czyta się ją niesamowicie szybko – Dołęgowscy opisują mój świat. I nie chodzi tylko o pasje. W książce pojawiają się wzmianki czy opisy biegów, w których sam startowałem – Harpagan, Kierat, Rajd Dolnego Sanu, ogólnie biegi na orientację, Bieg Rzeźnika, ZUK etc. Pojawiają się osoby, które nawet jeśli tylko z widzenia, ale znam i często widzę – na salach gimnastycznych na których śpi się przed zawodami, z samych startów, wspólnego truchtania przez kilka kilometrów na PMNO czy wspólnych posiłków czy piwa po startach. Maciej Więcej, Sabina Giełzak, Piotr Dymus, Michał Jędroszkowiak, Kamil Leśniak, Paweł Pakuła, Filip Bojko i wielu innych. Wszystko to sprawia, że książka jest praktycznie dla każdego. Jeśli nie biegacie ultra – dowiecie się jak zacząć, jeśli biegacie – dowiecie się jak lepiej się przygotować, jak się poprawić i jak lepiej trenować etc. Upewnicie się, że wiele problemów na trasie to nie tylko Wasza słabość. A jakby tego było mało – poznacie ciekawe miejsca, zawody w których warto wystartować, poznacie światową elitę ultra, a na koniec – bardzo ciekawą listę lektur, które warto wrzucić na listę do przeczytania. Książka: Szczęśliwi Biegają Ultra...

read more

XII Bieg Rzeźnika

Posted by on Jun 9, 2015 in Biegi, Biegi Górskie, Góry, Ultra | 4 comments

XII Bieg Rzeźnika

Jeden z najbardziej znanych i kultowych biegów ultra w Polsce. Taki must have każdego, kto chce siebie nazywać ultra maratończykiem i przy okazji jedno z moich odwiecznych marzeń biegowych. I mimo, że od jakiegoś czasu główna trasa biegu nie jest już najdłuższym i najtrudniejszym biegiem nawet samego rzeźnickiego festiwalu biegowego jego legenda (podobnie jak w biegach na orientację Harpagańska i Kieracka setka) przyciąga największą liczbę zawodników. Przygotowania Szczerze mówiąc jakoś specjalnie do biegu się nie przygotowywaliśmy. Mieliśmy już z Jędrkiem zarówno dłuższe (w kilometrażu) jak i dłuższe (czasowo) wystąpienia więc o kondycje byliśmy raczej spokojni. Do tego stopnia, że Jędrek na pięć dni przed startem pociągnął jeszcze maraton w Edynburgu w czasie 3:15 – co niestety nie wyszło mu na dobre. Góry jako takie też nas nie przerażały bo trochę szlaków Tatrzańskich i biegów górskich mamy za sobą. To co spędzało nam (mi?) sen z powiek to kontuzje. Mój czworogłowy, który odezwał się na W4L i GWiNT i Jędrka śródstopie – kontuzja, która odezwała się w poniedziałek, a co Jędrek zakomunikował krótkim Nie mogę chodzić. Dobrze, że Rzeźnika się biegnie… Trasa w większości była nam znana (w zeszłym roku pobiegaliśmy trochę w okolicach Smerka), przeczytaliśmy więc tylko kilka relacji, przeliczyliśmy czasy na poszczególnych punktach po czym uznaliśmy że to i tak nie ma znaczenia – będziemy biegli jak się da z jednym założeniem – nie wyrywać do przodu od początku. Odniosłem zresztą wrażenie, że większość startujących, podobnie jak my, przeczytała relację Kamila Leśniaka w Magazynie Bieganie, albo zdążyła już dotrzeć do rozdziału Szachy na Połoninach w książce Szczęśliwi Biegają Ultra, gdzie Krzysztof Dołęgowski opisuje dokładnie ten sam bieg. Oba teksty są o tyle ciekawe, że Panowie biegli razem i opisali nie tylko sam start ale również taktykę jaką przyjęli i której się trzymali. I która dała im 3 miejsce w 2014 roku. Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 4 Cze, 2015 o 3:49 PDT W dużym skrócie – trzeba zacisnąć zęby, nie dać się ponieść wyścigowi na pierwszych 45-50km i trzymać się założonego planu. Proste? Proste. Jak 78km po górach. Tuż przed startem chyba największym problemem były dla mnie przepaki. Nie miałem bladego pojęcia co tam wrzucić. Zazwyczaj biegamy trasy 50km gdzie nie ma nawet punktów z wodą, a tu aż dwa punkty żywieniowe i dodatkowo jeszcze jeden z wodą. I tak trochę na siłę wrzuciłem do worków na Smerek i Cisną po kilka żeli i batony ChiaCharge – ot tak, żeby na pewno nie zabrakło. Trasa W dużym uproszczeniu trasa Rzeźnika to cztery duże podejścia i cztery zbiegi. Już taki podział pozwala psychice nieco lepiej znieść ten dystans – wystarczy tylko nie myśleć o całości biegu, a skupić się na aktualnym fragmencie trasy. Nauczony jednak doświadczeniem długich przebiegów w biegach na orientację uznałem, że świadomość 7km podbiegu nie odbije się dobrze na psychice więc trasę podzieliłem na aż dwadzieścia parę 3-5km odcinków. Tak przygotowanego GPX’a wrzuciłem do zegarka Suunto i przez większość czasu biegliśmy śledząc odległość do następnego zaznaczonego punktu (jakie to były punkty możecie zobaczyć tutaj). W efekcie – przez pierwsze 10km w ogóle się dystansem nie przejmowaliśmy bo biegliśmy wypoczęci i w tłumie, a kolejne 20 poszło nam w miarę spokojnie bo skakaliśmy od punktu do punktu. Mniej więcej od 10-13km pojawiają się pierwsze trudności taktyczne – przejścia przez strumyki. W tym miejscu trzeba być z jednej strony – na tyle...

read more

Ultra Cross GWiNT

Posted by on May 11, 2015 in Biegi | 0 comments

Ultra Cross GWiNT

Ultra Cross – czyli bieg na dystansie powyżej maratonu i w warunkach odbiegających komfortem (nie wiem czy to dobre słowo) od płaskiego betonu. W przypadku GWiNT’a są to leśne dukty, polne ścieżki, piaszczyste wydmy i temu podobne udogodnienia, które po kilkudziesięciu kilometrach mocno dają się we znaki. Same zawody zorganizowane na przyzwoitym poziomie. Niczego nie brakowało, noclegi na podłodze hali sportowej mają swój klimat. Nam udało się – dzięki pomysłowości Kasicy – zarezerwować sobie osobną izbę w postaci damskiej szatni gdzie prawie cała ekipa Smashing pĄpkins rozłożyła się na podłodze. Na miejsce dotarliśmy z Kasicą, Łyskiem i Marcinem chwilę przed północą w piątek – po małej awarii samochodu i dość okrężnej drodze… Na szczęście nasz dystans – 55km – rozpoczyna o godzinie 12:00 z oddalonego o 20km Nowego Tomyśla, musimy więc wstać dopiero na godzinę 10:00 na odprawę przed biegiem. Z samego rana do ekipy dołączają brakujące pĄpkowe ogniwa – Borman i Michał. Mamy więc komplet. Krótka odprawa i do autobusu na start. Po drodze spotykamy jeszcze – między innymi Asie Owczarz i Kubę Runowskiego (którego ostatni raz widziałem na Harpaganie chyba ze dwa lata temu… ). Zapowiada się znakomicie… Są jednak takie momenty kiedy wszystko przestaje działać tak jak powinno. Szuka się wtedy wymówek we wszystkim dookoła, ale tak naprawdę zawsze zawodzi człowiek. Wykańcza nas temperatura (trzeba biec wolniej i lepiej się nawadniać), wykańczają nas piaszczyste podbiegi, albo błoto (zwyczajnie nie dajemy rady lub niedostatecznie się przygotowaliśmy) albo jak w moim przypadku przetrenowanie połączone z czynnikami zewnętrznymi – a dokładniej ze stanem psychicznym co w ultra jest często decydujące. Tego dnia nie do końca ułożyło się tak jak bym chciał między mną a moim – miałem taką nadzieję – najwierniejszym kibicem. Po krótkiej rozmowie telefonicznej tuż przed startem mój żołądek przestał z nerwów normalnie funkcjonować. Na zewnątrz oczywiście dalej udawałem Harpagana i przez pierwsze 11-12km cięliśmy z Marcinem Kargolem i Jędrkiem Giełdą (zajął ostatecznie 9 miejsce i 3 w kategorii wiekowej) po 4:50 trzymając się tuż za czołowym peletonem, ale ja prawie się nie odzywałem. Po 12km miałem dość. Skręcony z nerwów żołądek, płytki oddech, myśli daleko poza wielkopolską, trudności z piciem i przyswajaniem jakiegokolwiek pokarmu. Koniec. Zatrzymałem się. W takim momencie człowiek uświadamia sobie jak ważne jest wsparcie (lub jego brak) bliskich. Nawet jeśli biegamy tylko dla siebie zawsze to miłe jeśli ktoś dla nas ważny kibicuje i cieszy się naszym szczęściem. Dziś tak nie było. Zacząłem biec, ale dużo wolniej. Nerwy nie odpuszczały, a kilka kilometrów dalej pojawił się ból mięśnia czworogłowego – tego samego, który zatrzymał mnie tydzień wcześniej na Wings For Life. Pierwsza myśl – to koniec. Mam w dupie – nie biegnę dalej. Mam przed sobą może 15-16 zawodników, za sobą jakieś 170 osób ale przestało mnie to zupełnie interesować. Dojdę do punktu i schodzę. Ściana na 15km… tuż przed punktem żywieniowym. Fantastycznie… a wszystko przez psychikę. Może nawet ten ból nogi to tylko somatyzacja, ale boli coraz mocniej. Kilka minut za punktem stwierdziłem jednak że pierd…. biegnę. Skończę zawody nawet jeśli miałbym kolejne ~35km przejść. Mięsień mam zesztywniały i zaczyna boleć po 700-800m biegu, ale najwyżej będę robił przebieżki. Średnie tempo zaczyna mi mocno spadać, jest jednak szansa na utrzymanie go poniżej 6min/km bez względu na warunki na trasie. Wyprzedza mnie coraz więcej osób, ale to mnie tylko motywuje do tego żeby mocniej zacisnąć zęby...

read more

Wings For Life World Run 2015

Posted by on May 4, 2015 in Biegi, Biegi Uliczne | 0 comments

Wings For Life World Run 2015

Często mówi się, że na zawodach nie ma łatwych i trudnych warunków bo wszyscy biegnący mają takie same. Wings For Life to nie dotyczy – w zależności od lokalizacji mamy albo środek nocy, albo samo południe (albo 13:00 jak w Poznaniu) albo deszcz, albo pełne słońce (jak w Poznaniu) i albo płaski teren, albo sporo pod górkę (jak w Poznaniu). W Polsce warunki nie należały do łatwych, ale jak się okazało w kilku krajach było gorzej i upał wykończył całą stawkę na długo przed tym jak nasza meta dogoniła ostatnich kilkunastu zawodników. To co jest wspólne dla wszystkich biegów W4F to start i finish – czyli równoczesny początek start (w tym samym momencie na całym świecie) i samochód meta, który po 30min (brutto!) zaczyna gonić biegnących łapiąc ich po kolei. W Poznaniu to brutto jest dość istotne. Start nad Maltą zaczyna się prawie od razu trzema zakrętami z lekkim podbiegiem po czym mamy 350-400m prostej i kolejny podbieg z zakrętem. I o ile same górki nie wymagają jakiegoś wysiłku to wąska droga z zakrętami generuje dość sporty korek. Biorąc pod uwagę start samochodów w czasie brutto – zakładam że sama pozycja na starcie może zabrać nawet 1-2km z końcowego wyniku. Dalej trasa jest już w miarę prosta – 10km pętla przez miasto i bardzo długa prosta starą trasą na Gniezno (wylotówka na Kobylnice i Pobiedziska). Niestety tuż przed tablicą [POZNAŃ] zaczynają się łagodne bo łagodne, ale ciągłe podbiegi. Sam bieg jest dość monotonny. Co 5km banan, czekolada i do wyboru woda, izotonik lub RedBull chociaż wydaje mi się, że przy takim upale jaki mieliśmy w minioną niedzielę woda mogłaby być nieco częściej. Trasa znakowana jest co kilometr więc nawet biegnąć bez zegarka bardzo łatwo liczyć przebytą odległość. Cała zabawa zaczyna się tak naprawdę na kilka minut przed tym jak zaczyna doganiać nas samochód oprawca. Pierwszy zwiastun to przelatujący wzdłuż drogi śmigłowiec TVNu. Jeśli zbyt długo wisi w twojej okolicy tzn, że meta zgarnia ludzi w odległości mniejszej niż kilometr. Kilka minut później pojawiają się wariaci na kładach i rowerach krzycząc, żeby przyśpieszać bo jeszcze się coś da urwać z dystansu. Ostatni etap to przyśpieszenie i oklaski. Nagle wszyscy dostają energii i zaczynają biec z prędkością 4min/km, a chwilę przed rozjechaniem słychać już tylko brawa, krzyki i gratulacje. Chwilę potem zdjęcia i spacer do najbliższego autobusu, który przewozi na drugą metę nad Maltą gdzie każdy dostaje pamiątkowy medal.   Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 3 Maj, 2015 o 8:28 PDT Początkowo planowałem przebiec minimum 30km, a gdzieś w tle korciło mnie żeby szarpnąć się na wynik Jędrka z zeszłego roku (ponad 37km i średnia 4min 37sek / km ). I przez pierwsze 11km wszystko wskazywało na to, że mi się uda. Mimo upału i tłoku na początku pierwsze 10km zrobiłem w 45min (czyli średnio 4min 30sek /km). Niestety na 11km zacząłem czuć mocny ból mięśnia czworogłowego i sporo zwolniłem. Doczłapałem się do 17km gdzie na wszelki wypadek odwiedziłem medyków, żeby upewnić się, że wszystko w porządku. Po schłodzeniu mięsień nieco odpuścił i udało mi się jeszcze na 19km przybić piątkę Małyszowi (w zeszłym roku dobiegł do tego kilometra) i doczołgać do 23km gdzie złapał mnie samochód… Cały bieg jest bardzo fajnie zorganizowany – widać, że RedBull się mocno postarał ;) Szczególnie wrażenie robi relacja na żywo, którą po zakończeniu biegu oglądaliśmy z trybun. Emocji dostarczył oczywiście gigantyczny wyczyn Bartka Olszewskiego, który...

read more

OSHEE 10km Run – 40min złamane

Posted by on Apr 26, 2015 in Biegi, Biegi Uliczne | 0 comments

OSHEE 10km Run – 40min złamane

Dziesięć kilometrów w czterdzieści minut to magiczna granica – chyba najważniejszą dla każdego biegacza amatora. Godzinę łamie się chwilę po tym jak wstało się z kanapy, 50min po kilku miesiącach biegania. Po roku zwykłego, ale regularnego truchtania większość osób jest w stanie pokonać ten dystans w 45min. 40min wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale… Z drugiej strony granica 30min osiągalna jest dla tak nielicznych, że amatorzy nawet nie biorą takiego czasu pod uwagę. Między 30-40min walczy się o każdą minutę regularnym i dobrze przygotowanym treningiem – samo truchtanie już nie wystarcza. Dlatego 40min nie dość ze jest okrągłe (a takie granice lubimy łamać najbardziej) to tak ważne dla każdego dla kogo bieganie stało się czymś więcej niż tylko sposobem na zrzucenie paru kilogramów na wiosnę. Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 25 Kwi, 2015 o 11:28 PDT   Nigdy nie przywiązywałem specjalnej wagi do szybkości na krótkich dystansach – do tej pory zależało mi głównie na szlifowaniu formy pod Piesze Maratony na Orientację (PMNO). Przychodzi jednak taki czas, że wypadałoby mieć kilka życiówek na nieco lepszym poziomie… OSHEE 10km Run Denerwuje się przed każdym startem – niezależnie od dystansu. Im większa szansa na dobry wynik tym większy stres. I szczerze mówiąc nie przemawiają do mnie teksty liczy się zabawa, bieganie powinno sprawiać przyjemność. Jasne – to jest zabawa, to sprawia przyjemność. Ale czystą i pozbawioną stresu mam na treningach i długich wybieganiach z przyjaciółmi. Kiedy jestem na zawodach to chcę się sprawdzić. Chcę pobiec jak najszybciej, złamać swoją życiówkę, wbić się na pudło lub chociaż do pierwszej dziesiątki (czy jak w przypadku biegów masowych wylądować w górnych 5-10% wyników). Wiem, że będzie bolało, wiem że będę miał dosyć. Im dłuższy dystans tym więcej razy będę się poddawać. Ale nie o to dziś chodzi. Dziś jest dzień, w który sprawdzam ile dały mi ostatnie tygodnie treningów szybkościowych. Dziś wyjdę daleko poza strefę komfortu, żeby poczuć że żyję. Żeby po minięciu linii mety doświadczyć takich emocji jakich nie dadzą żadne używki. Żeby łamiąc kolejny rekord poczuć nieopisaną satysfakcję i zadowolenie. Na OSHEE 10km Run założenie było proste. Pierwsze 3-4km trzymać 3:50min/km żeby nadrobić cenne sekundy, które stracę na ponad kilometrowym podbiegu na ulicy Konwiktorskiej. Druga połowa to między inntmi zbieg ulicą Tamka więc dojście do 5km w okolicach 20min będzie bardzo dobrym znakiem. Dalej już tylko cisnąć ile sił w nogach – byleby złamać 40min. To co było dość niespotykane na takich biegach to po pierwsze – pacemakerzy (których zazwyczaj na biegach na 10km nie ma), a drugie to dość mocno pilnowane strefy startowe. I o ile goście z flagami bardzo fajnie się sprawdzili (szczególnie, że tego biegnącego na 37:30 trzymałem tuż przed sobą aż do 3km) o tyle ze strefami jak to zwykle bywa wyszło średnio. Głownie dla tego, że podział był deklaratywny przez co jak zwykle na początku stało sporo ludzi, którzy nawet 4:20 nie biegli (pacemaker na 37:30 w końcu pocisnął po chodniku – przeprowadzając wężyk najszybszych zawodników nieco obok powolnego tłumu). Taki już urok masowych biegów ulicznych. Nie ma się co spinać. Wszystko poszło praktycznie idealnie zgodnie z planem. Nadwyżka czasowa z pierwszych kilometrów zjadła stratę na podbiegu. Na 5 kilometrze byłem równo po 20:00 minutach. Zbieg dość ostrożny – na mokrym asfalcie łatwo się pośliznąć – ale miejscami zegarek pokazywał 3:30. Dalej most, okrążenie narodowego i ostatnie 700m sprintu znów po 3:00...

read more

Harpagan 49 czyli 13min do pudła…

Posted by on Apr 20, 2015 in Biegi, Biegi Na Orientację | 2 comments

Harpagan 49 czyli 13min do pudła…

Trzynaście minut i siedem sekund – tyle dokładnie zabrakło mi do Krzysztofa Arseniuka, który zajął trzecie miejsce na TP50. W przypadku 50km biegu na orientację to naprawdę bardzo niewiele – tym razem wystarczyło jednak żeby stracić aż 7 pozycji i z czasem 5h 56min 41 sekund wylądować na 10 miejscu. Mimo, że mam na koncie ponad 20 podobnych biegów na orientację (w tym 5 Harpaganów) to jeszcze nigdy nie brałem udziału w takiej walce. Poza pierwszą dwójką (która walczyła prawie do końca między sobą) cała czołówka stworzyła swojego rodzaju peleton, który mniej więcej od 25-26km ciął przez las w kilkuminutowych odstępach. Kilka razy na dłuższych przelotach widzieliśmy przed sobą zawodników na miejscach 3-8, a na plecach czuliśmy oddech kilku pozostałych. Na 8 punkcie – 9km przed metą do Piotra Kwitowskiego (4 miejse) brakowało nam zaledwie 7min. Cała trasę biegliśmy we trzech – z Pawłem Słomą i Marcinem Kargolem i muszę przyznać – nigdy nie biegło mi się lepiej niż z tą ekipą! (no, może poza pierwszym razem na TP100 IWW z Jędrkiem, ale wtedy większość trasy szliśmy ;) ). Bez większych problemów nawigacyjnych, z motywatorem w postaci Pawła, który nie wiedzieć skąd na 40km miał w sobie jeszcze tyle siły żeby biegać dookoła nas i ciągnąć całą drużynę do przodu. Oczywiście nie obyło się bez błędów. Na dobra sprawę popełniliśmy tylko dwa i straciliśmy zaledwie 2km (+2km na nie do końca optymalne przeloty) – w normalnych warunkach strata 15 min nie miałaby większego znaczenia, ale tym razem kosztowało nas to kilka dobrych miejsc. Pierwszy błąd jak zwykle zrobiliśmy już na początku – przestrzeliliśmy przecinkę do 1 punktu o prawie 400m. Drugi to przelot pomiędzy 3 i 4 punktem – nie trafiliśmy w przecinkę idącą centralnie na pk4 i w towarzystwie Piotra Kwitowskiego kręcilismy się zupełnie niepotrzebnie prawie 10min po lesie.   Dalej nawigacja nie stanowiła większego problemu, chociaż sama trasa nie była idealna. Nie przepadam za 7-8km przelotami pomiędzy punktami, a niestety kilka takich było. W trakcie najdłuższego pomiedzy 7 a 8 pkt dopadł mnie kryzys i wlokłem się gdzieś w ogonie naszego teamu. Na szczęście bliskość mety i perspektywa złamania 6h jak zwykle zadziałały pozytywnie i w połowie drogi do pk9 znów przyśpieszyliśmy. Przed samym punktem chwila zawahania i kolejna minuta w plecy – na szczęście Marcin miał swój dzień nawigacyjny dzięki czemu nie skończyło się źle. Ostatni punkt to już formalność. 1500m do bazy na pełnych obrotach. Na metę wbiegliśmy przy średniej prędkości z ostatniego kilometra 4:30 mając w nogach 53,9km. Wszyscy trzej na mecie pojawiliśmy się przed upływem 6h. Pierwsza dwójka była o niemal godzinę wcześniej, ale wspomniane trzecie miejsce zostało obsadzone ledwie 13min przed nami. Miejsca od 3 do 13 zapełniły się w przeciągu 16 minut. Między 13 a 14 jest 12min różnicy, a między 14 i 15 kolejne 11. Nie pamiętam kiedy ostatni raz się tak zmęczyłem. Dopiero po kwadransie od finiszu udało mi się spokojnie wstać z ziemi. Mimo 10 miejsca uważam, że to był mój najlepszy jak dotąd start w PMNO na trasie TP50. Ale nie tylko my mieliśmy swój udany bieg (albo debiut w PMNO jak Błażej). Bardzo miła niespodziankę sprawiły nam dwie Smashing pĄpkinsowe Kasie (Kasica Karpa i Kasia Kargolowa ;)), które obstawiły żeńskie pudło na TP25 pierwszym i trzecim miejscem! W październiku jubileuszowy Harpagan 50. Jeszcze się policzymy! ;)...

read more

EnergyTakeoverWarsaw

Posted by on Apr 17, 2015 in Biegi, Biegi Uliczne | 0 comments

EnergyTakeoverWarsaw

Przygodowy bieg miejski z elementami zabawy – tak chyba najprościej opisać sobotni EnergyTakeOver, który odbył się w Warszawie. Nie był to bieg na orientacje chociaż wybór optymalnej trasy między punktami mógł zaważyć na końcowym wyniku. Nie była to tez do końca gra miejska bo przez większość punktów kontrolnych wystarczyło zwyczajnie przebiec (chociaż chyba nikt poza nami tego nie robił – większość ludzi zatrzymywało się żeby pozować do zdjęć). I nie była to impreza biegowa do jakich jestem przyzwyczajony, ale i tak było zajebiście! Spotkaliśmy się z Marcinem na 2h przed biegiem na Powiślu celem konsumpcji dopalacza. Jednego, złocistego, gazowanego i w płynie ;) przypadkiem okazało się, że przez godzinę siedzieliśmy w pobliżu pierwszego boostpointa – dużej, dmuchanej poduszki, na którą trzeba było skoczyć z dwumetrowej platformy (i która dość skutecznie niektórych opóźniła). To tyle, jeśli chodzi o nawigację do pierwszego punktu ;) Na dobrą sprawę nic więcej o samym biegu nie wiedzieliśmy. Nie ma trasy, są jakieś punkty do zaliczenia i prawdopodobnie zadania do wykonania. Trasa ma mieć około 10km, start o 21:00. Wypiliśmy piwo i udaliśmy się na miejsce zbiórki niebieskiej drużyny – supportowanej przez Agnieszkę Szulim ;) Kilka minut przygotowań, zostawiamy depozyt, sprawdzamy gdzie dokładnie punkty znajdują się na mapie, patrzymy jak cała reszta robi rozgrzewkę i w długą. Oczywiście na takich biegach zawsze pojawia się 290 osób, które przyszły się bawić i 10 które tego nie umieją i zapieprzają po 4:00 na kilometr. Biegniemy jakieś 4min/km – gdzieś w czubie grupy – do pierwszego punktu. Na szczęście do skoku na poduszkę docieramy jako jedni z pierwszych przez co nie grzęźniemy w kilkuminutowej kolejce. Dalej jest już z górki, a w zasadzie schodami pod górkę i dosłownie na azymut przez plac trzech krzyży do kolejnych punktów. Sygnalizacja świetla na przejściach nam nie sprzyjała więc wyeliminowaliśmy z trasy przejścia dla pieszych w ogóle. Jest coś urokliwego w nocnym bieganiu po mieście pełnym ludzi, przebieganiu przez ulicę w sposób nie do końca zgodny z przepisami i zapieprzaniem ile sił w nogach tylko po to, żeby wygrać z ludźmi, którzy chcą sobie potruchtać, pobawić się i porobić zdjęcia.  W sumie w głowie pojawia się co jakiś czas taka myśl, że może robimy coś źle, ale wolne bieganie męczy. Dokładnie po 31 min i 10 sekundach (6,9 km – chyba najszybszy wariant) wpadamy na metę. Ktoś niestety źle ustawił hostessy z napojami bo pierwsze co chwyciliśmy do picia to wódka z lodem – ale przynajmniej domknęło to ładnie cały bieg – start po piwie, drinki na mecie. Po kilkunastu minutach przestaliśmy się przejmować wynikiem. Finalnie wpadliśmy na metę na 7 i 8 miejscu co jest dość pechowe bo – nie licząc nagród dla najwolniejszych – nagradzane było w sumie 6 najszybszych osób (po 2 z każdej drużyny). W pewnym sensie to jak zająć 4 miejsce, ale chyba nie o to w tym biegu chodziło ;)...

read more