Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Blog

[Książka] Wspinaczka

Posted by on Jul 17, 2017 in Góry, Ksiązki | 0 comments

[Książka] Wspinaczka

Niesamowita książka opisująca wspomnienia Anatolija Bukriejewa z wydarzeń, które miały miejsce w 1996 roku na Everescie. Niby ta sama historia, którą opisał Krakauer we Wszystko za Everest i którą opowiada film Everest (2015), a jednak książka DeWalta ukazuje zupełnie inny świat. Historię wspinacza legendy, który zostaje jednym z pierwszych komercyjnych przewodników górskich prowadzących wyprawy na najwyższy szczyt naszego globu. Jednego z nielicznych, który w trakcie załamania pogody na szczycie ruszył na pomoc innym. I jednego z nielicznych, którzy po zakończeniu wyprawy zostali – niesłusznie – oskarżeni o przyczynienie się do tragedii jaka miała wtedy miejsce. Nie powiem, że nagle przeszedłem ze strony Krakauera na stronę obrońców Bukriejewa, ale czytając Wspinaczkę kilkukrotnie byłem zły najpierw na Krakauera za jego wersję i postawę, a potem na siebie za to ze tak łatwo dałem się uwieść jego talentowi literackiemu. Nauczony doświadczeniem starałem się bardzo ostrożnie podchodzić do wydarzeń spisanych we Wspinaczce na podstawie opowieści jednego z przewodników Mountain Madnes, ale książka jest przepełniona cytatami z raportów, oryginalnych nagrań wywiadów i wypowiedzi ludzi ze środowiska wspinaczkowego z tamtych lat. Historia Wspinaczki staje w opozycji do Wszystko za Everest – jest jednak bardziej wiarygodna. Chociażby dla tego, że poza wspomnianymi cytatami DeWalt z Bukriejewem ukazuje cały szereg niedociągnięć, które zderzone z burzą śnieżną powyżej 8000m przyczyniły się do tragedii rozegranej w 1996 roku na dachu świata. Opisuje również akcję ratunkową i historię późniejszego sporu z dziennikarzem magazynu Outside. Krakauer jest bardziej subiektywny, mniej precyzyjny i jako jednego z winnych wskazuje przewodnika innej (niż jego) wyprawy, mimo że śmierć na szczycie ponieśli głownie jego koledzy, a nie podopieczni Burkiejewa. Książka wywołała we mnie jeszcze jedno uczucie – pozwoliła połączyć pewne puzzle. Często niestety ignoruje lub zapominam nazwiska drugo i trzecio planowych postaci. Bukriejewa znałem z literatury i to nawet dobrze tylko o tym nie wiedziałem. Dopiero końcówka Wspinaczki zaczęła łączyć te puzzle i mnie oświeciło. To on był drugim bohaterem książki Simone Moro Kometa nad Annapurną, to o nim czytałem masę artykułów i historii wspinaczkowych. Zawsze jednak – przez wspomnianą ignorancję – funkcjonował jako “rosyjsko-kazachski” wspinacz. A teraz kiedy puzzle się ułożyły okazało się ze przedstawiają jednego, a nie wielu himalaistów. Bardzo polecam. Szczególnie wszystkim fanom gór i historii ich zdobywania. P.S. Przy okazji zweryfikowałem niektóre informacje i… jednak...

read more

Lavaredo vs Choiński 2:0

Posted by on Jun 30, 2017 in Biegi, Biegi Górskie, Góry, Ultra | 0 comments

Lavaredo vs Choiński 2:0

Schodzenie z trasy jest słabe i boli. Fizycznie i psychicznie. Boli tym bardziej, im ważniejszy jest start. Boli jeszcze mocniej jeśli, rok wcześniej zeszło się z dokładnie tej samej trasy. Ale najbardziej kiedy się nie wie dlaczego. Nie chce napisać, że to był start roku bo przez 7 lat biegania nauczyłem się, żeby w ten sposób nie podchodzić do zawodów. Skłamałbym jednak gdybym napisał, że nie były to dla mnie cholernie ważny bieg. Praktycznie całe półrocze podporządkowane było treningom pod Mardułę i Lavaredo. Po pierwszym kwartale i dwóch życiówkach w półmaratonie (ostatnia 1:23:17 w Warszawie) nieco zwolniłem i zaczałem robić dużo więcej podbiegów i objętości.  Pierwszym sprawdzianem była Szczawnica, która mimo lekkiego przeziębienia poszła całkiem sprawnie. Ostatnim bieg Marduły, który wyszedł chyba całkiem nieźle. I w końcu przyszedł czas na Lavaredo. Porządny trening, odpowiednia ilość odpoczynku przed startem (praktycznie 2 tyg zupełnego luzu), w miarę przestrzegana dieta i jesteśmy – całą paczką na Camp Olympia niedaleko Cortiny. Lavaredo startuje o godzinie 23:00. Nie stanowi to jednak problemu. Wiele PMNO, które mam już za sobą, nawet tych na 50km, startowało o godzinie 20:00 lub 21:00 w piątkowe wieczory. Nauczyłem się tak odżywiać w ciągu dnia, aby na start iść w pełni najedzonym i bez konieczności szukania toalety tuż przed czy tuż po starcie. Post udostępniony przez Paweł Choiński (@pawelchoinski) 23 Cze, 2017 o 1:55 PDT Przed startem jest wręcz idealnie. Na kilka minut przed 23:00 nawet wspomniałem kibicującym nam “rurzowym“, że dawno nie było tak dobrze przed żadnymi zawodami (chociaż stress był… ale umiarkowany). Start to przyjemność. Na pierwszych kilometrach biegnie mi się bardzo dobrze, nie czuję późnej godziny, żołądek ogarnia żele, wodę i sole tak jak powinien. Lecę nieco szybciej niż rok wcześniej, ale mimo wszystko trzymam się max 80% mocy. To w końcu 120km. O wyniku zdecyduje to w jakim będę stanie po 90km, a do tego miejsca jeszcze sporo czasu. Zupełnie nie ruszają mnie zawodnicy, którzy nie wiedzieć dlaczego na ponad 100km przed metą bawią się w wyprzedzanie na stromych podbiegach. To już ich problem. W porónaniu z zeszłym rokiem, kiedy supportował nas na trasie tylko Bela, w tym mieliśmy praktycznie pełne wsparcie całej “Rurzowej rodziny”. Cała ekipa w Cortinie, dziewczyny z dzwonkami zaraz po pierwszym zbiegu (i dalej na trasie, czego już nie mogłem niestety doświadczyć) i niezrównani Bela i Krasus, którzy całą noc, cały dzień i początek kolejnej nocy jeździli od punktu do punktu starając się wszystkich ogarnąć. Przed startem miałem dwa założenia – ukończyć i jeśli się uda – zrobić to w jakimś sensownym czasie. Na profilu trasy nałożyłem sobie czasy Beli sprzed dwóch lat. Nie, żeby się z nim ścigać, ale żeby mieć mniej więcej wgląd w tempo jakie utrzymuje na poszczególnych odcinkach etc. Na 12km spotykłem nasz support, gadam chwilę z Krasusem i z Belkiem (nie zwalniając tempa). Jest zajebiście! 20min później dobiegam do pierwszego punktu żywieniowego i znów wzorcowo – 50m wcześniej wypijam resztkę wody z flasków i z pustymi i odkręconymi podbiegam do wolontariusza. Chwytam jeszcze w przelocie kawałek jabłka i dwadzieścia sekund później znów jestem na trasie.  Post udostępniony przez Paweł Choiński (@pawelchoinski) 21 Cze, 2017 o 10:38 PDT Zaczyna się strome podejście. Idę wolniej niż reszta, ale takie jest założenie. Przynajmniej do Tre Cime nie chcę się za bardzo zmęczyć, Do 20km mi się to udaje.  I nagle mnie...

read more

Ełcka Zmarzlina

Posted by on Jan 8, 2017 in Biegi, Biegi Na Orientację | 0 comments

Ełcka Zmarzlina

Termometr pokazuje -17C, odczuwalna pewnie lekko poniżej -20C ale na dobrą sprawę w czasie biegu to nie przeszkadza. Przebieżność trasy w miarę sensowna. Śniegu kilka, miejscami kilkanaście centymetrów – spokojnie da radę trzymać tempo 5:15-5:45 na przelotach i zwalniać tylko od czasu do czasu w trudniejszych miejscach. Co prawda pewien problem stanowi ciągle zamarzająca rurka z wodą, ale chwilowo jest ok. Do czasu… Skłamałbym pisząc, że się tego startu nie obawiałem. Z jednej strony zdarzało mi się już bywać w górach i drałować kilka godzin w śniegu po kolana nawet przy dużo niższych temperaturach, biegałem (czy raczej marszobiegłem) kilka zimowych PMNO w temperaturach poniżej zera, nawet jeden półmaraton Warszawski przy -8C. Ale w głowie miałem też nieukończonego ZUKa, który odbywał się w podobnych warunkach dwa lata temu i którego też postanowiłem polecieć mimo przeziębienia. A jak widać historia lubi się powtarzać (albo jak kto woli – niektórzy nigdy się nie uczą). Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 6 Sty, 2017 o 7:59 PST Stare Juchy (Ełcka to obok Hapragana – PMNO z najciekawszymi nazwami miejscowości startowych ;) ) Początkowo wszystko było ok. Biegliśmy w grupie z Marcinem Sontowskim (1 miejsce), Piotrem Kwitowskim, Staszkiem Kaczmakriem (2 miejsce), Piotrem Gębarowskim (3 miejsce) i Michałem Bałchanowskim przez około 20km – mijając się co chwila i zbliżając lub oddalając od siebie w zależności od wariantu. Co prawda miałem problem z bukłakiem bo rurka z wodą zamarzała nawet schowana w całości pod kurtkę (otuliny oczywiście nie miałem… bo po co…) ale w tych warunkach woda nie była aż tak potrzebna ;) Przy okazji zamieszania na punkcie trzecim i schowałem cały plecak pod kurtkę, rurkę jeszcze jedną warstwę głębiej dzięki czemu już po 40min mogłem pić lodową breję z trudem wysysaną z bukłaka. Niestety od tej pory za każdym razem kiedy potrzebowałem się napić albo sięgnąć po żele (które mocno zgęstniały) lub batony (na których można było sobie połamać zęby) musiałem rozpinać kurtkę (która przez plecak przestała przylegać do ciała i zaczęło mnie lekko od dołu podwiewać). Żyć nie umierać ;) Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 7 Sty, 2017 o 7:40 PST Po torach i na azymut Nawigacja na Ełckiej nigdy nie jest zbyt wymagająca choć zdarzają się perełki więc pierwsze 7 punktów zrobiliśmy w biegu i bez większych komplikacji. W zasadzie tylko jeden był dalej niż 800m od linii kolejowej – na brzegu cypla nad jeziorem. Do 7 punktu z kolei prowadziła długa prosta, która urywała się zaledwie 300m przed nim. Czyli standard jak na Ełckie warunki. Ale po punkcie siódmym zaczęło się prawdziwe PMNO czyli cięcie po prostej przez pagórkowaty, ośnieżony las. Przeczołgaliśmy się przez niecałe 3km w około 28min podbiegając tylko miejscami i to mi wystarczyło, żeby się do końca wychłodzić. Palce zesztywniały, z nosa leciało mi więcej niż z rurki bukłaka, a w głowie dla odmiany zaczęło się robić gorąco. Próbowałem jeszcze przez jakiś czas utrzymać tempo Kwita, ale coraz słabiej to wyglądało – zaczęło mną telepać, a im bardziej zwalniałem tym mocniej mnie wychładzało. Takie zabawne sprzężenie zwrotne. Rozsądek (?) wygrał czyli lepiej późno niż wcale W połowie drogi do punktu dziewiątego – gdzieś w okolicach 30km uznałem, że nie ma szans utrzymać tempa biegowego przez kolejne 20km. Nawet nie ze względu na temperaturę i zmęczenie – mapa nie dawała nadziei na łatwe i przebieżne szlaki. Jak się później okazało całkiem słusznie założyłem, że dalej czeka nas głównie azymutowanie i cięcie...

read more

O zmianie podejścia do biegania

Posted by on Jan 5, 2017 in Biegi, Motywacja | 0 comments

O zmianie podejścia do biegania

Co roku planuje starty. Wyznaczam ten najważniejszy, trenuje, nakręcam się. Po drodze zaliczam biegi mniej ważne, starty treningowe itp. Po tych udanych ogłaszam sukces! Po mniej udanych szukam wymówek. Problem w tym, że z perspektywy planowania, po roku, nic nie jest takie jak na początku zakładałem. W minionym roku najważniejsze miało być Lavaredo tylko nieznacznie wyprzedzając swoją ważnością Bieg Rzeźnika. Och ach Dolomity, 117km km po górach, trzy miliony Pałaców Kultury przewyższenia i co? I na 66km siedziałem na trawie czekając na transport do Cortiny. Rozwalone i puchnące kolano – faktycznie lepiej było zejść z trasy niż narażać się na kontuzję. Tylko co z tego skoro już na 40km wiedziałem, że przesadziłem na początku napierając na 16h mimo, że było to poza moim zasięgiem. Gdyby nie kontuzja skończyłbym pewnie po 20, może 21h. I tyle by było z najważniejszego… Nieplanowany start w Queen Elizabeth Olympic Park 10k okazał się być życiówką, poprawioną trzy miesiące później na Oshee Run. Rok wcześniej marzyłem o złamaniu 40min, a teraz zastanawiałem się kiedy pęknie 38. Zacząłem kombinować, zaplanowałem kolejny start na 10k i kolejną życiówkę…  i do dziś nie wyszło. Wrześniowy Bieg na Pięć, który początkowo był tylko rozgrzewką przed serią październikowych startów okazał się moją najszybszą piątką w życiu z 17 z przodu. Dwa tygodnie później zawaliliśmy krótki bieg na orientację – jak dzieci we mgle, a obrona pudła (drugie najważniejsze PMNO w roku!) na Harpaganie stała się walką o pierwszą dziesiątkę. Z perspektywy kilku lat najlepsze biegi, trasy i wyjazdy to te, które były spontaniczne, wcześniej nie planowane, traktowane trochę po macoszemu – jako starty mniej ważne lub zwyczajnie spieprzone. Większość biegów ulicznych, prawie wszystkie PMNO i zawsze to samo. Im więcej planów i więcej wagi tym gorszy wynik. Z drugiej strony nieplanowany Bieg Marduły to jeden z lepszych startów w minionym roku, a spontaniczna Korona Gór Polskich to najciekawsze doświadczenie. Prawie nigdy to co na początku roku planowałem jako najważniejsze, pod koniec roku najważniejszym nie było. Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 29 Gru, 2016 o 3:04 PST Zacząłem patrzeć na wszystkie te biegi z nieco innej perspektywy. Przestałem postrzegać je jako mniej lub bardziej ważne. Wszystkie są jednakowe i są sprawdzianem aktualnego stanu mojego organizmu. To nie znaczy, że nie mam motywacji i celu. To nie oznacza, że odpuszczam mocne treningi i będę czerpać przyjemność z samego zaliczania biegów – wręcz przeciwnie. Przestałem mieć po prostu oczekiwania. Pierwsza w tym roku dycha zrobiona w 39:42 nie jest ani porażką ani sukcesem. Jeszcze rok temu sprawiłaby mi ogromną przyjemność. W tym roku siadł mi żołądek, ale po biegu mięśnie nie były zmęczone, a ja skrajnie wyczerpany. Tzn, że jest zapas więc kondycja jest na o wiele wyższym poziomie. I to jest najważniejsze – nie wynik. Półmaraton w Barcelonie będzie kolejnym sprawdzianem. Oczekiwań nie mam, ale wiem że dam z siebie wszystko co tego dnia będę mógł dać. Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 17 Kwi, 2016 o 9:42 PDT A cel mam – i to jaki! Najważniejszy bieg (nie start!) w życiu! Jak patetycznie to nie brzmi – jestem typem człowieka, który chce sięgać gwiazd. Najwyżej, najszybciej, najdalej. Obieram sobie nierealne cele bo to pozwala mi nie myśleć o często cholernie trudnych schodach, które do nich prowadzą. Harpagany, Lavaredo, Rzeźniki to tylko stopnie. Często w swoim życiu nie dochodzę na szczyt, ale wchodzę dużo wyżej niż gdybym planował krok po kroku...

read more

Korona Gór Polski – jak się przygotować?

Posted by on Nov 5, 2016 in Biegi Górskie, Góry | 0 comments

Korona Gór Polski – jak się przygotować?

Ponad 2000 km samochodem, prawie 240 km szlaków i 13000 m przewyższenia. Dzienne zapotrzebowanie energetyczne zwiększone o prawie 4000 kcal. Minimum cztery pary butów, odzież na każde warunki pogodowe. Trasy alternatywne, rezerwowe noclegi, dobrze zaopatrzona apteczka, telefon z GPS, mapy papierowe, kompas, czołówka, a nawet linka do prania i parasol! Czyli wszystko, o czym powinniście pamiętać, podchodząc do Korony Gór Polskich solo. W teorii wszystko wygląda dość prosto. Podjeżdżamy pod szlak ‒ zazwyczaj na przygotowany dla turystów parking samochodowy ‒ wbiegamy na górę, zbiegamy na dół i szczyt zaliczony. Wracamy do samochodu i pod kolejną górę. I przez pierwsze dwa dni ‒ jeśli trafimy na dobrą pogodę ‒ faktycznie tak to wygląda. Problemy zaczynają się później… zacznijmy jednak od początku. Kiedy i gdzie wystartować? Mimo że Sudety kuszą bliskością szczytów, bardziej rozsądny wydaje się start od wschodu ‒ zaczynając od Łysicy i Tarnicy. Z dwóch powodów: po pierwsze, pomiędzy trzema szczytami (Łysica ‒ Tarnica ‒ Lackowa) macie w sumie do przejechania 450 km. Daje to około sześć‒siedem godzin jazdy samochodem ‒ lepiej zrobić to „na świeżości” i za dnia, niż walczyć z czasem i zmęczeniem na końcu wycieczki. Po drugie, już drugiego dnia będziecie mogli zaatakować Rysy, a tu kluczowa jest pogoda. Pokonując trasę od zachodu na Rysy traficie po trzech‒czterech dniach, więc prognoza pogody ma duże szanse się nie sprawdzić. Patrząc w kalendarz, najbardziej sensownym miesiącem jest oczywiście czerwiec ‒ tuż przed rozpoczęciem wakacji. Najlepsza pogoda, najdłuższy dzień i minimalna ilość turystów na trasach. Ci ostatni w większości wypadków nie będą wam przeszkadzać, ale na Rysach czy Szczelińcu można dzięki nim stracić nawet kilka godzin… Planowanie tras Warto dość dokładnie zaplanować trasy podejść i trasy przejazdów samochodem. Nie bójcie się jednak wprowadzać poprawki na bieżąco. Czasami lepiej narzucić w nocy kilkanaście kilometrów samochodem, żeby o świcie podejść pod szczyt z drugiej strony i mieć bliżej na kolejną górę, niż wchodzić po nocy ‒ nawet krótszą drogą ‒ na kolejną górę tylko po to, żeby ją „odhaczyć” jeszcze tego samego dnia. Dobrze jest też przygotować sobie wydruki tras lub zaznaczone szlaki na papierowej mapie. Pewnie nie przydadzą się na górach, które dobrze znacie, ale na pewno będą pomocne na trasach mniej lub w ogóle nieznanych. Najczęściej przyda wam się jednak telefon z aplikacją Mapa Turystyczna, która ułatwi wam nawigację i da pewność, że jesteście na szlaku. Biegnąc, bardzo łatwo przeoczyć zakręty czy rozgałęzienia dróg, a oznakowanie na niektórych podejściach jest bardzo słabe. Bieganie po ciemku Pokonywanie górskich tras w nocy to dość indywidualna sprawa i raczej nie do uniknięcia, jeśli zdecydujecie się zrobić wersję zimową korony. Latem jest to zupełnie niepotrzebne ze względu na bardzo krótką noc i prawie równą jej ilość snu, która będzie Wam tak czy inaczej potrzebna. Nie ma co walczyć z melatoniną i zegarem biologicznym, szczególnie jeśli przed wami szlak, którego nie znacie za dobrze. Poruszanie się w nocy po nieznanych trasach nie jest łatwe. Czasami w dzień zdarza się przegapić oznaczenia i nadrzucić nawet 500 m zanim się zorientujecie, że coś jest nie tak. W nocy o pomyłkę naprawdę nietrudno. W czasie swojej podróży wchodziłem po zmroku na szczyty trzy razy i mimo doświadczenia w pieszych maratonach na orientację prawie zawsze miałem z tym problem (we wszystkich trzech przypadkach były to zupełnie nieznane mi szlaki) i zajmowało mi to więcej czasu niż planowałem. Zorganizujcie...

read more

Korona Gór Polski solo w 157h

Posted by on Oct 12, 2016 in Biegi, Biegi Górskie, Góry | 2 comments

Korona Gór Polski solo w 157h

Niektóre szczyty rozczarowują łatwością podejścia. Niektóre sprawiają niespodziewane trudności. Wielu z nich jeszcze długo bym pewnie nie odwiedził, gdyby nie Korona. Po 159 h pamiętam ze szczegółami każdą z tras na szczyt, ale muszę się mocno zastanowić, żeby przypomnieć sobie, do którego pasma należy. Wydawało mi się, że znam polskie góry dość dobrze, w końcu chodzę po nich “odkąd pamiętam”, ale przez całe życie nie dowiedziałem się na ich temat tyle, ile przez te siedem sierpniowych dni. Kilka dni planowania, przygotowań i konsultacji i jestem – w sobotę 6 sierpnia chwilę po godz. 7 rano u podnóży Ślęży. Godzinę później, po 8,5 km i 460 m w górę, siedzę znów w samochodzie i ustawiam GPS na kolejny szczyt. Skopiec rozczarowuje, Wielka Kopa denerwuje błotem, Śnieżka wita rozstępującymi się chmurami i przypomina nieukończonego rok wcześniej ZUK-a. Dzień żegnam zachodem słońca oglądanym ze Skalnika. Pierwsze trzy dni wyglądają mniej więcej tak samo – organizm jest mocno wypoczęty, motywacja ogromna, szczyty bardzo blisko siebie, a pogoda wręcz idealna – nic tylko napierać. W połowie trzeciego dnia zaliczam 14. szczyt – połowa gór za mną! Ale prawdziwa zabawa dopiero się zacznie i to już za kilka godzin. Biskupia Kopa Góra niepozorna, szlak na mapie bardzo prosty – jedna czerwona nitka na samą górę. W dodatku okazało się, że podejście będzie o 500 m krótsze niż zakładałem, bo trasa zaczyna się w innym miejscu niż sugerowała to mapa. Zaczyna się ściemniać, ale to nie powinno stanowić problemu. Szybko jednak okazuje się, że będzie inaczej. Po kilkunastu minutach robi się niemal idealnie ciemno, a dookła pojawia się coraz więcej porozrzucanych gałęzi. Wraz ze wzrostem wysokości rośnie też ilość i wielkość połamanych fragmentów drzew… coś jest mocno nie tak, bo gwałtownie spada przebieżność szlaku. Kilkaset metrów dalej wszystko się wyjaśnia. Stoję przed polaną – nie wiadomo jak dużą, bo światło czołówki rozpływa się po kilkudziesięciu metrach w mroku – pokrytą powalonymi drzewami. Ścięte są wszystkie, te z oznaczeniami szlaku również, a żeby było trudniej ścieżka rozjechana jest przez ciężki sprzęt. Pierwszy raz zmuszony jestem skorzystać z dokładnej mapy i kompasu. Za mniej więcej 1200–1300 m powinienem mieć (zamknięte) schronisko, tuż przed nim szlak lekko zakręca, ale poziomice regularnie rosną, więc nie powinno być dodatkowych trudności technicznych. Pierwszy raz na wyprawie przydaje się doświadczenie z PMNO. Ponad 800 m w nocy po powalonych drzewach w słabym świetle czołówki i z kierunkiem trzymanym na kompasie i… jest! Znów widzę las i oznaczenie czerwonego szlaku na drzewie… kamień z serca. Kilka minut później to samo serce prawie staje – przede mną wybiega i zatrzymuje się para świecących w świetle czołówki oczu. W krzakach obok kilka następnych… Od godziny nie widziałem żywej duszy, sam w nocy na jakimś odludziu, mając za plecami poprzewracane drzewa stoję i patrzę jak wryty w parę świecących punktów. Dziesięc sekund później do mózgu dochodzi, że odbicie w krzakach to odblaski na kurtce… leśniczy wyszedł ze schroniska na spacer z psem… Dla niego to była całkiem zabawna sytuacja. Na szczycie Biskupiej Kopy jest wieża widokowa, o tej porze zamknięta. Zrobiłem kilka zdjęć i zacząłem schodzić tak szybko, jak tylko się dało. Zapamiętane wcześniej punkty orientacyjne pozwoliły w miarę bezproblemowo znaleźć drogę powrotną przez leżące drzewa. Mimo że w swoim życiu spędziłem kilka nocy samotnie w lesie biegając na orientację, klimat Biskupiej Kopy zrobił swoje. Po mniej...

read more

Abentojra – Warmiński Rajd na Orientację

Posted by on Sep 9, 2016 in Biegi, Biegi Na Orientację | 0 comments

Abentojra – Warmiński Rajd na Orientację

Dobrze jest czasami się nie ścigać. Pojechać na zawody i pobiec bez ciśnienia na wynik – dla samej przyjemności biegania z kompasem i mapą. Oczywiście to nie jest tak, że bierzemy mapę i radosnym krokiem robimy 50km w 12h ciesząc się, że znaleźliśmy wszystkie punkty. W końcu adrenalina robi swoje i gdzie się da tam biegniemy ile fabryka dała. Całe szczęście, nie zawsze się dało ;) Wyjazd wyszedł zupełnie spontanicznie – Smashing pĄpkinsowa impreza u Krasusa tydzień wcześniej, hasło Kasi Karpy “jedziemy na Abentojre?”  – “Na co? :D” … no i pojechaliśmy z Marcinem, ruszając z Warszawy o 23:00 w piątek i dojeżdzając na miejsce przed 2:00 – na sześć godzin przed startem. Nocleg Chyba jeszcze na żadnym PMNO nie było tak zajebistego i klimatycznego noclegu! Stare harcerskie namioty z dziurami pozaklejanymi taśmą, pamiętające jeszcze poprzedni wiek (znaleźliśmy na jednym wpis flamastrem z datą 1999) rozstawione na wilgotnej łące i spanie na łózkach polowych! Klimat po przebudzeniu nieziemski. Zresztą w nocy też ciekawie bo temperatura dość mocno spadła, zaczęło padać i zrobiło się zimno. Najważniejsze, że jest dach nad głową – Abentojra 2016 :) Dzień dobry :) #pmno #nocleg #orientering #bieganie #running Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 2 Wrz, 2016 o 9:48 PDT Rano kawa, sanitariat, a że spakowani byliśmy już dzień wcześniej to po 15min byliśmy gotowi do startu. Trasa nie ma narzuconej kolejności zaliczania punktów więc grupa szybko dzieli się na dwa warianty (wschodni i zachodni). Na domiar tego Kargol wyłapuje alternatywny wariant dojścia do pierwszego punktu – tuż pod linią energetyczną. Ryzykowne, ale czasami pozwala zaoszczędzić czas i skrócić odległość (później tą samą trasą tylko w drugą stronę do bazy zbiegną Kasia Karpa i Ania Sejbuk – zwyciężczynie wśród kobiet i skład naszego namioty – więc trasa jak najbardziej optymalna!). Dzięki temu już na 50metrze rozciąłem sobie nogę drutem kolczastym :) Trasa jedno, a wykonanie drugie ;) Na szczęście bez większego kluczenia udaje nam się podbić pierwsze dwa punkty. Problem pojawia się dopiero przed trzecim – na mapie oznaczonym jako 35. Popełniamy pierwszy błąd i zbiegamy zbyt szybko z torowiska na zachód – całe szczęście mamy bezpieczny wariant. Zaraz za punktem leci asfaltowa droga – jeśli go miniemy wpadniemy na nią – i tak się właśnie dzieje. Dzięki temu możemy się precyzyjnie namierzyć na przecinkę leśną prosto na punkt. Jest przecinka – 150m dalej… … jest Marcin Hippner, który biegnie z przeciwnej strony. Tylko punktu nie ma. Marcin ponoć od kilku minut kluczy po okolicy i nie może go znaleźć – zaczynamy więc się rozglądać we trzech. Dobiegamy do kolejnej przecinki – nic. Wracam z powrotem – kolejne dwie osoby dobiegają. Stajemy wiec w miejscu gdzie według nas wszystkich powinien być punkt i zaczynamy sprawdzać słupek na skrzyżowaniu przecinek. Dochodzą kolejne dwie osoby – numery kwartałów się zgadzają – tylko puntku nie ma!!! Dzwonię więc pod pierwszy numer na mapie…  “To nie do mnie, proszę dzwonić pod drugi numer”. Dzwonimy pod drugi numer – właśnie wypuszczają kolejne trasy (minęła godzina od naszego startu, na liczniku 12km) więc czekamy… po kilku minutach okazuje się, że to tez nie ten numer. Kur…  dostajemy trzeci numer – tu po krótkiej rozmowie pada “no faktycznie, mogliśmy go źle ustawić”.  No nie możliwe :D Straciliśmy dokładnie 16min siedząc idealnie w miejscu w którym powinien być PK35. W dodatku – uczciwie znaleźliśmy źle ustawiony PK35 i go...

read more

The North Face® Lavaredo Ultra Trail

Posted by on Aug 3, 2016 in Biegi, Biegi Górskie, Góry, Ultra | 0 comments

The North Face® Lavaredo Ultra Trail

Stoję jakieś 50m od linii startu – zaczynamy za niecałe pięć minut. Cortina d’Ampezzo od kilku godzin topi się w lekkim – nawet przyjemnym – deszczu, ale trasa jest praktycznie cała beznadziejnie mokra. Błoto, śliskie kamienie i wszystko to co może uprzykrzyć bieg.  Rynek miasta rozświetlony halogenami, muzyka co chwila przerywana głosem komentatora, tłum zawodników i kibiców. Wszędzie czuć atmosferę biegu – a w środku radość, stres i ekscytację. Z głośników zaczyna dobiegać The Ecstacy of Gold Ennio Morricone. Myślami przelatuję na szybko całą trasę. Jestem niestety ignorantem i nie zapamiętałem prawie żadnej nazwy poza Tre Cime – tam gdzieś ma czekać Jacek Deneka, który przyjechał razem z nami. Tak to zupełnie żadnego punktu żywieniowego, nazw dolin czy innych charakterystycznych miejsc…  ale trasę znam praktycznie cała na wyrywki – przedstartowy support Beli i 14h razem w samochodzie zrobiły swoje… Kilkanaście sekund do startu – zaczyna się odliczanie. Zegarek wyjątkowo zamiast dystansu pokazuje mi tylko i wyłącznie czas – zrezygnowałem z pomiaru żeby się nie stresować tym ile kilometrów zostało do końca. Zazwyczaj takie momenty rozwalają mnie psychicznie – zwyczajnie wysiadam emocjonalnie. Zresztą przed każdym startem mam podobnie, ale tu wszystko jest zwielokrotnione. W końcu to 3 maratony i jakieś 230 podbiegów pod Agrykolę. Parę dni przed startem jakoś mnie to nakręcało, ale teraz budzi już tylko respekt i strach. Ruszamy punktualnie o 23:00. Pierwszych kilometrów trasy praktycznie nie pamiętam. W głowie muzyka i wiwatujące tłumy, a przed oczyma zegarek, który zaczął odliczanie.  Na trzecim czy czwartym kilometrze przelatują mi tylko przed oczyma Kargol i Belowski – kawałek dalej wylatujemy z miasta i wpadamy na boczne drogi. Chwilę później już tylko… Kijki Kuźwa kijki. Pieprzone kijki. Pierwsze 15km to nic innego jak walka z paraolimpiadą ludzi z kijkami, którzy za wszelką cenę próbują sobie zrobić nimi krzywdę, a jak im się nie udaje to walą centralnie w ciebie. Nie ważne, że podejście jest takie, że nawet podbiegać można (chociaż nie trzeba i śmiesznie to wygląda jak się szybkim krokiem idzie, a obok ktoś truchta… w tym samym tempie). Nie ważne, że co sprawniejsi wszystko co wypracują kijkami to tracą chowając je przed każdym lekkim zbiegiem. Zasadą jest, że jeśli ktoś ma kijki to na początku zbiegu zatrzyma się, postawi zasieki (rozłoży kijki na boki) i poczeka, aż ktoś się na nie nabije. Całe szczęście pierwszy duży zbieg to dość sympatyczne korzenie, o które łatwo się potknąć więc cała ekipa zwalnia, a atmosfera się rozluźnia. Punkty i trasa Praktycznie całą trasę znałem na pamięć. Belowski przeciągnął nas po przyjeździe po części ważniejszych punktów, pokazał niektóre ścieżki, powiedział jak wyglądają przepaki, punkty żywieniowe i sprzedał praktycznie całą swoją taktykę – absolutnie wszystko. Znałem te góry lepiej niż okolice mojego domu zanim jeszcze przyjechaliśmy na miejsce ;) To co mnie zaskoczyło (pozytywnie) to punkty żywieniowe. Nie dość, że często i gęsto to jeszcze… jak to wszystko jest zorganizowane! Woda do kubka czy bukłaka wlewana dosłownie w kilka sekund. Do wyboru woda, cola (na wszystkich puntkach!) albo izotonik. Punkty praktycznie co ~2h więc szybko okazało się, że żeli i batonów wziąłem za dużo. Z jedzeniem zero problemów bo można było się opchać serem (tak serem!) słonym i tłustym. Po takiej uczcie przez kolejną godzinę słodkie wchodzi znów jak w masło. Podejścia idą mi zajebiście. Mam wrażenie, że wpasowałem się w idealną grupę ludzi. Tasujemy się, co chwila ktoś kogoś wyprzedza, ale kolejną godzinę widzę dookoła te same...

read more

Kingrunner – planszowa gra biegowa

Posted by on Feb 29, 2016 in Pozostałe | 0 comments

Kingrunner – planszowa gra biegowa

Planszowa gra biegowa. Jak to w ogóle brzmi? Szczerze mówiąc na początku nawet się nią nie zainteresowałem. Bo co to ma być? Coś jak gra w pieczenie pizzy (tak były takie gry w latach 90tych) – ani się nie narobisz, ani się nie najesz, zapachu nie ma tak samo jak radości z tego, że się nie przypaliło. Ok, może przesadzam, ale sporo gramy w planszówki i jakieś skakanie po kafelkach do mety pod dyktando kostki nie bardzo do mnie przemawiało. Okazja do zapoznania się z grą pojawiła się pod koniec lutego kiedy Kingrunner wraz z PolskaBiega zorganizowali pierwszy oficjalny turniej. Miało być kilku znajomych z biegowego świata, miało być piwo więc gra już nam przeszkadzać nie będzie. No i się zdziwiłem… Nie ma kostki!? Jak to nie ma kostki? Okazuje się, że Kingrunner to całkiem sprytnie pomyślana strategiczna gra planszowa (co prawda z liniową fabułą, ale zawsze) w dodatku z elementem budowy postaci podobnym do tego w grach RPG (tylko w nieco uproszczonej wersji). Faktycznie sama plansza – a w zasadzie dwie bo są do wyboru trasa łatwa i trudna – mocno przypomina stare gry wyścigowe w których rzucało się kostką i modliło, żeby nie wpaść na minę. Tu też mamy punkty odżywcze (+1/2 do wytrzymałości), punkty medyczne (-1 do psychiki), mamy podbiegi i zbiegi, które modyfikują prędkość. Ale na tym podobieństwa się kończą. Grę zaczynamy od dobrania sobie kart taktycznych (nie będę tu ich opisywać – wszystko widać na tym filmie), które zarówno na starcie jak i w trakcie gry będą modyfikować nasze parametry zawodnika! A tych mamy trzy – prędkość, wytrzymałość i psychikę. I tu tak naprawdę zaczyna się zabawa bo nie dość, że musimy zbudować swoją postać to jeszcze trzeba precyzyjnie zaplanować nawet kilka ruchów do przodu! Cała zabawa polega na dostosowaniu prędkości do terenu, pilnowaniu wytrzymałości i w razie potrzeby korzystania z psychiki (w końcu długie dystanse biega się głową! ;) ). Mamy oczywiście modyfikatory na planszy, mamy karty z wydarzeniami, które co rundę w sposób losowy nieco mieszają w taktyce, a czasami nawet w rozstawieniu graczy ale kurde – ta gra naprawdę wciąga! Zresztą było to widać w trakcie samego turnieju. Niby śmiechy, niby wygłupy ale jak przyszło co do czego (dostałem się do rundy finałowej!) to nastała cisza i precyzyjne planowanie taktyki. Cała zabawa zaczyna się już przy dobieraniu kart – trzeba mieć różne, ale wiadomo że każdy ma swoją taktykę. W co lepiej zainwestować? Zaryzykować niskie statystyki na starcie (karty na start) ale mieć lepsze na bieg czy przygotować się lepiej i później bezpiecznie i systematycznie przesuwać się do przodu? Zwolnić przed podbiegiem? Stracić punkty prędkości ale załadować sobie psychikę czy zwiększyć prędkość tracąc wytrzymałość ale lądując bezpośrednio w punkcie żywieniowym? W rundzie finałowej miałem przyjemność ścigać się z NaDystansie i 100hrmax. Skończyło się na drugim miejscu po ostrej walce na ostatnim podbiegu z Kubą z 100hrmax.pl. Przegraną osłodziły nagrody od SklepBiegowy.com ;) Gra jest naprawdę mocno grywalna i absolutnie nie jest zwykłym planszowym wyścigiem. Tu ważna jest taktyka, a elementy losowe są ograniczone do minimum. Do tego wszystkiego dochodzi klimat biegu – szczególnie jeśli gra się z ludźmi z branży. Kilka dni po turnieju graliśmy z pĄpkinsami  w wersję ultra – łącząc dwie plansze i dobierając karty dla piątego gracza. I nawet nie liczyło się kto wygrał bo cała zabawa polegała na ściganiu się między sobą w trakcie biegu, nazywaniu np ostatniego podbiegu Caryńską itp itd. Mechanika...

read more

Queen Elizabeth Olympic Park 10k

Posted by on Feb 15, 2016 in Biegi, Biegi Uliczne | 0 comments

Queen Elizabeth Olympic Park 10k

W jaki sposób jakoś fajnie zaakcentować kilkudniowy wyjazd do Londynu? Zwiedzanie, oglądanie etc – pewnie. Tylko to nic oryginalnego. Ale jak człowiek trochę pogoogla to zaraz znajdzie coś co może być fajnym urozmaiceniem. Queens Elizabeth Olympic Park Winter 10k Series. Cykl dziesięciokilometrowych biegów po parkach organizowany trochę na podobnej zasadzie co nasza Falenica – z tym, że w bardziej płaskim terenie. Mamy kilka (zdaje się 3) parki w których w sezonie zimowym rozgrywane są zawody. Są zwycięzcy poszczególnych biegów, zwycięzcy cyklu etc Cała przyjemność kosztuje £17 czyli około 100zł – ale dają medal! Więc zostaje po tym pamiątka. Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Paweł Choiński (@pawelchoinski) 7 Lut, 2016 o 2:21 PST   Z ukończeniem dychy problemu raczej będę miał, ale nie po sam medal jadę. Szczególnie, że przez pracę i samą podróż i tak mam wycięte dwa dni przed starem z wszystkich treningów – będę więc mocno wypoczęty. Z drugiej strony jest presja bo reszta pĄpkinsów w tym samym czasie będzie w Falenicy gdzie niby dystans podobny, ale przewyższeń sporo więcej więc głupio mieć gorszy czas od nich. QEOP wydawał się być dość płaski – trasa biegnie wzdłuż czegoś co na mapie przypomina strumień / jeziorko rynnowe. Trzy pętle, ponad 600 osób – największym problemem miał być tłok. Szczególnie, że przed samym startem kiedy przesympatyczny starszy Pan (zdaje się wodzirej całego cyklu) zapytał dla kogo to pierwsza dycha w życiu? – zgłosili się wszyscy przede mną i prawie nikt za mną… No nic pomyślałem. Pierwsze 500m prostej to będzie ciekawe przeżycie. W sobotę od samego rana wiał cholernie silny wiatr, ale było dość ciepło. “Winter Series” i prawie wszyscy biegną na krótko. Fajnie mają na tych wyspach. Na miejscu okazało się, że trasa nad wodą owszem idzie – ale rzeczki płyną częściowo w 5-6m szerokich kanałach więc na każdej pętli mamy dwa podbiegi tej wysokości. Niby nic, ale oba pod wiatr. Wiatr, który przy silniejszych uderzeniach zatyka nos i płuca. Ale.. .warunki wszyscy mamy takie same. Bieg Na całe szczęście nowicjusze, którzy ustawili się w pierwszej linii byli na tyle wolni, że po 200m spokojnie udało się wszystkich przeskoczyć. Start z wiatrem (naprawdę silnym) i jak to zwykle u mnie bywa nadmiar energii dał średnią na pierwszym kilometrze 3:41min/km z czego na pierwszej prostej było grubo poniżej 3:30. W zasadzie po pierwszym kilometrze w pierwszej 40’tce pozycje się ustaliły i do końca były już tylko małe przetasowania. Tam też (po tym pierwszym kilometrze) wpadliśmy na pierwszy podbieg i wiatr w prosto w twarz. Zresztą bardzo ładnie te miejsca widać na wykresie na Endomondo – gdzie jest 6 krótkich “pików” (po dwa na okrążenie). Zwalnialiśmy nawet do 4:20… Pierwszą pętle zamknąłem po 12 min 55 sek – jest spory zapas, a czuje że mógłbym szybciej. Starszy Pan patrząc na mnie krzyknął tłenty sewen! Jest fajnie – Brytole są słabi ;) Starzeje się jednak i zamiast jak jeszcze kilka lat temu dosypać do pieca na drugim okrążeniu postanowiłem utrzymać prędkość i pozycje. W rezultacie drugie okrążenie było najsłabsze – pozycję utrzymałem, ale na podbiegach straciłem 6-7 sek. Kiedy kończyliśmy drugie okrążenie Pan już nie liczył by byliśmy mocno przemieszani z resztą tłumu. Trzymałem ciągle mały dystans do człowieka, który biegł przede mną przez ten cały czas, ale coraz więcej traciłem do grupki, która siedziała mi na ogonie. Dopiero na przedostatnim podbiegu zrozumiałem jak u nich to działa –...

read more