Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Jun 9, 2015 in Biegi, Biegi Górskie, Góry, Ultra | 4 comments

XII Bieg Rzeźnika

XII Bieg Rzeźnika

Jeden z najbardziej znanych i kultowych biegów ultra w Polsce. Taki must have każdego, kto chce siebie nazywać ultra maratończykiem i przy okazji jedno z moich odwiecznych marzeń biegowych. I mimo, że od jakiegoś czasu główna trasa biegu nie jest już najdłuższym i najtrudniejszym biegiem nawet samego rzeźnickiego festiwalu biegowego jego legenda (podobnie jak w biegach na orientację Harpagańska i Kieracka setka) przyciąga największą liczbę zawodników.

Przygotowania

Szczerze mówiąc jakoś specjalnie do biegu się nie przygotowywaliśmy. Mieliśmy już z Jędrkiem zarówno dłuższe (w kilometrażu) jak i dłuższe (czasowo) wystąpienia więc o kondycje byliśmy raczej spokojni. Do tego stopnia, że Jędrek na pięć dni przed startem pociągnął jeszcze maraton w Edynburgu w czasie 3:15 – co niestety nie wyszło mu na dobre. Góry jako takie też nas nie przerażały bo trochę szlaków Tatrzańskich i biegów górskich mamy za sobą.

To co spędzało nam (mi?) sen z powiek to kontuzje. Mój czworogłowy, który odezwał się na W4L i GWiNT i Jędrka śródstopie – kontuzja, która odezwała się w poniedziałek, a co Jędrek zakomunikował krótkim Nie mogę chodzić. Dobrze, że Rzeźnika się biegnie…

Trasa w większości była nam znana (w zeszłym roku pobiegaliśmy trochę w okolicach Smerka), przeczytaliśmy więc tylko kilka relacji, przeliczyliśmy czasy na poszczególnych punktach po czym uznaliśmy że to i tak nie ma znaczenia – będziemy biegli jak się da z jednym założeniem – nie wyrywać do przodu od początku.

Odniosłem zresztą wrażenie, że większość startujących, podobnie jak my, przeczytała relację Kamila Leśniaka w Magazynie Bieganie, albo zdążyła już dotrzeć do rozdziału Szachy na Połoninach w książce Szczęśliwi Biegają Ultra, gdzie Krzysztof Dołęgowski opisuje dokładnie ten sam bieg. Oba teksty są o tyle ciekawe, że Panowie biegli razem i opisali nie tylko sam start ale również taktykę jaką przyjęli i której się trzymali. I która dała im 3 miejsce w 2014 roku.

W dużym skrócie – trzeba zacisnąć zęby, nie dać się ponieść wyścigowi na pierwszych 45-50km i trzymać się założonego planu. Proste? Proste. Jak 78km po górach.

Tuż przed startem chyba największym problemem były dla mnie przepaki. Nie miałem bladego pojęcia co tam wrzucić. Zazwyczaj biegamy trasy 50km gdzie nie ma nawet punktów z wodą, a tu aż dwa punkty żywieniowe i dodatkowo jeszcze jeden z wodą. I tak trochę na siłę wrzuciłem do worków na Smerek i Cisną po kilka żeli i batony ChiaCharge – ot tak, żeby na pewno nie zabrakło.

Trasa

W dużym uproszczeniu trasa Rzeźnika to cztery duże podejścia i cztery zbiegi. Już taki podział pozwala psychice nieco lepiej znieść ten dystans – wystarczy tylko nie myśleć o całości biegu, a skupić się na aktualnym fragmencie trasy. Nauczony jednak doświadczeniem długich przebiegów w biegach na orientację uznałem, że świadomość 7km podbiegu nie odbije się dobrze na psychice więc trasę podzieliłem na aż dwadzieścia parę 3-5km odcinków. Tak przygotowanego GPX’a wrzuciłem do zegarka Suunto i przez większość czasu biegliśmy śledząc odległość do następnego zaznaczonego punktu (jakie to były punkty możecie zobaczyć tutaj).

W efekcie – przez pierwsze 10km w ogóle się dystansem nie przejmowaliśmy bo biegliśmy wypoczęci i w tłumie, a kolejne 20 poszło nam w miarę spokojnie bo skakaliśmy od punktu do punktu. Mniej więcej od 10-13km pojawiają się pierwsze trudności taktyczne – przejścia przez strumyki. W tym miejscu trzeba być z jednej strony – na tyle szybko, żeby nie zdążyły porobić się korki, z drugiej strony – na tyle późno, żeby nie zawalić pierwszej części planu czyli nie pędzić za szybko na początku. My ominęliśmy wszystkie mniej więcej w przedziale 70-90min od startu bez większych problemów (tłum był za nami).

Dalej jest wspinaczka, zejście na Przełęcz Żebrak i znów wspinaczka – zakończona zbiegiem do Cisnej. Nie obyło się oczywiście bez kryzysów – pierwszy już na początku dopadł Jędrka – głównie ze względu na ból nogi i wspomniany już maraton. Chwilę po przepaku w Cisnej przyszłą kolej na mnie – na podejściu na Jasło. Całe szczęście przez 12h kryzysy dopadały nas na zmianę.

Maraton zrobiliśmy w 5:52h. Do tego momentu zaliczyliśmy dwa z czterech dużych podejść, ponad połowę sumy podejść (2095m z 3800) i ponad połowę dystansu. Sprytnie przeliczyliśmy, że po maratonie został nam jeszcze do zrobienia półmaraton, dycha i piątka. Czyli same krótkie biegi. W dodatku byliśmy na szczycie drugiego odcinka więc kolejne 6-7km to zbieg, a potem Droga Mirka do samego przepaku.

polonina

fot. Pan Wu | Wkurw Team

Punkt żywieniowy w Smerku to tak naprawdę miejsce od którego zaczyna się prawdziwy wyścig. Spędziliśmy na nim jak zwykle za dużo czasu jedząc po dwie bułki ze smalcem, pijąc kilka kubków Coli i zagryzając drożdżówką.  Dało nam to jednak tyle energii, że całe podejście na Smerek i trasa przez połoninę do Chatki Puchatka zeszła nam bez większych kryzysów i postojów – w dodatku bez konieczności posilania się żelami czy batonami. W dobrym czasie, wyprzedzając około 30 zespołów.

Zresztą cała Połonina Wetlińska to chyba najlepszy odcinek Biegu Rzeźnika – i nie chodzi tylko o przepiękne widoki, na które nie zwraca się uwagi bo trzeba ciągle patrzeć pod nogi. Na naszym poziomie wbiega się na nią w okolicach 7-9h czyli między 10:00 – 12:00 godziną. Całe szlaki pełne są ludzi, a to co robią przyprawia czasami o dreszcze. Krzyki, wiwaty, brawa dochodzą ze wszystkich stron. Macie jakieś 60km w nogach, wszystko boli, ale ludzie tak motywują, że biegniecie do przodu nie zwracając uwagi na drobiazgi.

Przedostatni zbieg okazuje się jednak dość mocno obciążający dla mojego kolana. Zaczyna bardzo mocno boleć. Jakby tego było mało w pewnym momencie zahaczyłem tym kolanem o kamień – aż mi łzy poleciały. Nie przerwaliśmy jednak bardzo szybkiego zbiegu.

Ostatni punkt z wodą – Berehy Górne. Z jednej strony świadomość, że do końca zostało tylko 9km, z drugiej ostatnie podejście na Połoninę Caryńską, która doczekała się nawet swojej specjalnej zwrotki w utworze Wiewiórki na Drzewie – Ofiarom Trenera Klausa.

O! Caryńska! Coś ty mi krwi napsuła
Eh! Caryńska! Zabrałaś siły me
Mam już dość udręki tej mocy we mnie coraz mniej
Ty zabierasz to co chcesz ile chcesz kiedy chcesz
Ile potu ile łez i czy męki znajdę kres
Ty zabierasz to co chcesz ile chcesz kiedy chcesz
Dość już dość mam walki tej bólu co zadręcza mnie
Ty zabierasz to co chcesz ile chcesz kiedy chcesz
Walczę z tobą resztka sił i nie będę płaczu krył

Ale łzy pojawiły się już wcześniej. Przeszywający ból kolana próbowałem osłabić polewając kolano wodą. W pewnym momencie pojawiła się koło mnie ratowniczka medyczna i zapytała czy schłodzić mi kolano. Dreszcze z zimna, dreszcze z emocji, uczucie ulgi…  i łzy popłynęły mi strumieniem. I siedzimy tak przed podejściem na Caryńską. Kobieta chłodzi mi kolano, ja płaczę, a Jędrek się śmieje.

Kilka minut później byliśmy już na podejściu. Ostatnie. Strome. Pierwszy raz podchodzimy w równym tempie z turystami. I pierwszy i ostatni raz robimy aż trzy postoje. Mamy już wszystko gdzieś. Wiemy, że z dużym prawdopodobieństwem uda nam się ten bieg skończyć więc przestajemy się przejmować pozycją, czasem etc. Najcięższe psychicznie są ostatnie metry – kiedy wychodzi się z lasu i w pełnym słońcu podchodzi na szczyt, który widać gdzieś w oddali. To chyba najtrudniejszy psychicznie odcinek.

Ale szczyt w końcu nadchodzi. Dalej już jest praktycznie w dół. 11h 12min i prawie 7km do mety – z czego prawie 1km to bardzo lekkie, ale podejście, a my już nawet zbiegać nie mamy sił. Zaczyna się walka z czasem. Początkowo się poddajemy – chcemy zwyczajnie skończyć bieg, ale im bliżej tym wyraźniej widać, że może się udać. Na 4km przed końcem zaczynamy zbiegać. Jędrek pilnuje czasu, ja pilnuje tempa. Problem jednak w tym, że znamy odległość do mety tylko w linii prostej (zegarek inaczej nie umie podać), a w dodatku trasa, którą mamy wgraną jest stara – w tym roku meta jest 300m dalej…

Powinniśmy biec poniżej 6min/km, ciśniemy w okolicach 5:10 – 5:50 – na zbiegach cholernie ciężko trzymać równe tempo. Zaczynamy wyprzedzać inne pary. W końcu ktoś w koszulce Rzeźnika krzyczy Jeszcze równo 1800m! Dacie radę złamać 12h!. Ale biegniemy na styk, albo wolniej. Ciśniemy ile sił w nogach, Jędrek zaczyna trochę zwalniać, turyści na trasie widząc jak pędzimy w dół szybko osuwają się z drogi. Są mostki, pierwszy, drugi…  widać już miejsce starej mety i tabliczkę 300m.

Ludzie krzyczą, ja krzyczę na Jędrka, Jędrek się nie odzywa tylko biegnie. Pieprzyć wszystko – skończymy Bieg Rzeźnika – to się liczy! Kilkanaście sekund później wpadamy na metę.

fot. Gosia Wojtkiewicz

Zmęczenie jest tak ogromne, że myślę tylko o tym gdzie się położyć. Z jednej strony pojawia się uczucie ulgi, z drugiej – po ostatnim sprincie – zaczyna wracać czucie w nogach i ból mięśni, palców, wszystkiego. W końcu podchodzi Jędrek i czyta z zegarka 11h 59min 53sek. No kurwa!

Finalnie zajęliśmy 135 miejsce na prawie 700 drużyn, które wystartowały i dotarły do mety i złamaliśmy magiczne (przynajmniej dla nas) 12h. Chyba nieźle?

Wnioski

Przede wszystkim mogliśmy się do biegu nieco lepiej przygotować. Jędrek generalnie mało trenuje, a ja trochę zaniedbałem trening obwodowy wzmacniający wszystko inne (a nie tylko bieganie i bieganie) przez co wysiedliśmy na ostatnich odcinkach trasy – ja na początku zbiegu, Jędrek przed samą metą. Do urwania było jakieś 5min.

Druga rzecz to przepaki. Spędziliśmy na nich chyba ze 30min i tylko ostatni poszedł w miarę sprawnie. Zamiast się objadać bułkami ze smalcem i ciastem mogliśmy spędzić na każdym dobre 5-7min mniej i kolejne 15min urwane. Stratę widać było gołym okiem po pozycji pĄpkinsowych “Matkach Dwóch“, które finalnie zajęły 3 miejsce w kategorii zespołów kobiecych. Dziewczyny wpadły na przepak w Smerku jakieś 7-8 min po nas, a wybiegły na trasę przed nami. Taki sam numer zrobiliśmy w Berehach i finalnie w rywalizacji przegraliśmy.

I tylko przez te dwa błędy straciliśmy spokojnie około 20min. W każdym razie jest potencjał, jest miejsce do pracy  i być może w przyszłym roku wynik ten uda się poprawić. Na razie mamy do wyleczenia kilka kontuzji i regenerację…

4 Comments

  1. Wielkie gratulacje! Przebiec Rzeźnię z kontuzją to trochę inna akcja niż zrobić ją bez żadnych dolegliwości (ale ten maraton na 5 dni przed to już zuchwała akcja była ;-) Przypomniałam sobie, jak też powiedziałam Agnieszce że mamy maraton w nogach i teraz tylko połowka, dycha i piątka :D A co do przepaków to nasz plan był max 3-4 minuty na każdym i też nie wyszło, a Krasus z Bo się uwineli tracąc łącznie chyba 6-7 min. na wszystkich – to jest dopiero logistyka :)

  2. To samo pomyślałam, że Ava dokładnie tak ja kwy podzieliła dystans: półmaraton, dyszka i piątka :)
    Tak, przepaki mają duuży potencjał. Sporo na nich można zyskac, albo stracić.

  3. Co do tych dystansów – nam się mocno sprawdził ten podział trasy na mniejsze odcinki – psychicznie dawno nie czułem się tak dobrze na tak długiej trasie :)

    A przepaki… mamy przynajmniej z czego odciąć nawet 15min i to bez poprawy kondycji ;) może w przyszłym roku zejdziemy poniżej 11 ;)

  4. Gratuluję i powodzenia w przyszłym roku. Wszystkie wyniki Biegów Rzeźnickich można znaleźć tutaj :) wyniki.b4sport.pl

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *