Pages Menu
TwitterRssFacebook
Categories Menu

Posted by on Mar 30, 2015 in Biegi, Biegi Uliczne | 0 comments

10 Półmaraton Warszawski

10 Półmaraton Warszawski

Szybciej o 6 sekund na każdym kilometrze – tyle by mi wystarczyło, żeby złamać na 10 Półmaratonie Warszawskim 1h i 30min. Tak wynika ze statystyki i średniego tempa. W praktyce przez większość dystansu biegłem dużo szybciej – do 16km flagi z 1:30 miałem za swoimi plecami – niestety ostatni kilometr po płaskim i podbieg do mety zrobił swoje. Finalnie skończyłem z wynikiem 1:32:10 – czyli i tak przyzwoicie. Szczególnie biorąc pod uwagę słaby biegowo marzec – efekty nieudanego startu w ZUKu, przeziębienia, gorączki etc (wymówki, wymówki ;)).

Misza – najmniejszy kibic

Jakby nie było jest życiówka i to nie jedna bo na 10km byłem po 41min i 28 sek co oznacza, że o 14sek poprawiłem czas również na tym dystansie (dawno nie było prób łamania 40min więc trzeba będzie spróbować na 10’tce w biegu towarzyszącym na Maratonie Warszawskim 26 kwietnia).

Bieg

Mieliśmy biec wspólnie z Jędrkiem, ale z tych założeń zrezygnowaliśmy na kilka dni przed startem uznając, że nie ma się co ograniczać na siłę – będziemy się razem męczyć na Biegu Rzeźnika ;) Jędrek zwiększył dystanse treningowe więc i tak było wiadomo, że w końcu wystrzeli do przodu – i tak też zrobił na 10km.

Mniej więcej do 15km nasz niecny plan działał. Start~150m (różnica w czasie netto ~35-40sek) za flagami na 1:30 i lekkie ich wyprzedzenie powinno dać nam około minuty zapasu, więc spokojnie pod koniec będziemy mogli się wieźć z pacemakerami do końca. Ciągła przewaga kilkunastu sekund, wierni kibice na trasie i aż się miło biegnie.

Na 9 czy 10km Jędrek pognał do przodu, a ja swoim tempem podążałem dalej przed flagami na 1:30. Na 11km wyprzedziłem Kenijczyka (numer startowy 9). Niestety na 16 dopadła mnie ściana i linia 1:30 zostawiła mnie lekko z tyłu. Niby strata niewielka, ale od 18km zaczął się podbieg, który był niszczący do tego stopnia, że tempo z pierwszej połowy biegu wróciło dopiero na Krakowskim Przedmieściu – na 800m przed metą (i to głównie za sprawą Kwita, który pojawił się na horyzoncie). Było już niestety za późno, żeby nadrobić stracone sekundy.

Linię mety przekroczyłem po 1:32:10 zajmując 1110 miejsce w open (i 506 w kategorii M30). Z jednej strony fajny wynik i życiówka (wyprzedziłem jakieś 11,8 tys osób) z drugiej świadomość że gdyby nie choroba i nieco lepsze przygotowania to pewnie 1:30 by pękło…  no nic. Trudno.

W tym roku i tak wyniki się nieźle poprawiły – w 9 edycji człowiek, który ukończył bieg po dokładnie 1:30 miał 604 miejsce, dziś byłby prawie 800. Podobnie z miejscem 1000 – w zeszłorocznej edycji wystarczyło złamać 1:34 żeby dostać się do pierwszego tysiąca – w tym roku nawet 1:32 nie wystarczyło…

Smashing kibice na linii mety :)

Święto biegowe i nie tylko

Dla mnie świętem jest cały weekend. Po pierwsze Półmaraton, po drugie mam urodziny… a to oznacza sporo zamieszania, sporo osób z całej polski etc. Zaczęło się na spokojnie w piątek – urodzinowym piwem z Krasusem, Marcinem i Kwito, a przekształciło w niespodziewaną wizytę całej masy najbliższych przyjaciół i znajomych. Sobota to z kolei Smashing pĄpkinsowy carboloading, a niedziela to już jedno wielkie święto biegowe…

…przygotowania z Jędrkiem, poranna rozgrzewka ze Smashingsami, spotkania z często dawno nie widzianymi znajomymi, albo tymi których do tej pory znało się tylko z grup biegowych etc. W końcu start i sam bieg. Na koniec hałaśliwe kibicowanie (garnek, trąbka i krzyki) i piwo z naszymi rywalami z Wkurw Team ;)

Wkurwy i pĄpki

Dla takich chwil warto startować. Atmosfera jest tak nieziemska i przyjazna, że w zasadzie nie liczy się to ile komu półmaraton zajął. Liczy się klimat! Liczą się ludzie, wspólne rozmowy o kolejnych startach, o życiówkach i planach na przyszłość. I chyba o to w tym wszystkim chodzi ;)

 

Post a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *